Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jodi Picoult. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jodi Picoult. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 czerwca 2013

"All the other kids..."



Jodi Picoult, „Dziewiętnaście minut”
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2009 r.

            Słowo się rzekło, Picoult na blogu;) Robię sobie czytelniczy urlop od książek tej pani. Przeczytałam już wszystko jej autorstwa, co ktoś mi polecił i co sama sobie wybrałam.

            O tej książce usłyszałam od tej samej pani, która podrzuciła mi „Drugie spojrzenie”. Trochę to trwało, zanim udało mi się upolować „Dziewiętnaście minut” w bibliotece, ale się doczekałam.

            Nie ukrywam, że strasznie spodobał mi się pomysł na książkę. Głównie dlatego, że to kobieta mieszkająca w Stanach napisała o małolacie wysadzającym szkołę w powietrze. Myślałam, że nikt lepiej nie napisze o problemach sfrustrowanych (?) dzieciaków, niż Matka Amerykanka. Ubzdurałam sobie, że ta książka będzie świetnym źródłem informacji na temat zachowań w małej społeczności – a jednocześnie obywateli kraju, w którym dostęp do broni palnej jest praktycznie nieograniczony. Takie myślenie wzięło mi się chyba z tego, że tyle się słyszy o strzelaninach w amerykańskich szkołach. Zauważyliście? to w tamtejszych szkołach najczęściej dochodzi do tragedii. Nie w Japonii, nie w krajach Ameryki Południowej, nie w rozwiniętych krajach europejskich. Chciałoby się krzyknąć Niech żyją wolne media! Zachodzi jednak obawa, że zabrzmi to jak Nie żyją wolne media…
Ale nie o tym miałam.

            Pewnego pięknego dnia Peter Houghton podłożył kilka ładunków wybuchowych na terenie Sterling High. Przyniósł broń. Zabił 10 osób, wiele innych ranił. A gdy ta faza tańca ze światem i śmiercią dobiegła końca, nikt nie pytał o przyczyny, które sprawiły, że Peter wpadł w furię. Za to każdy domagał się jego głowy. Śmierć za śmierć.

            Na podstawie szczątkowych informacji media wykreowały portret mordercy i puściły w eter. Słuchał ciężkiej muzyki, nie miał przyjaciół, był poza życiem towarzyskim uczniów i mieszkańców Sterling. Nie widział świata poza komputerem, żył tylko w sieci. Stworzył grę komputerową, w której zabijał uczniów ze swojej szkoły. Powody takiego zachowania? A kto by chciał o nich słuchać? Przecież z zimną krwią strzelał do ludzi!

            Rzecz w tym, że kłamstwo powtarzane wystarczająco długo może stać się prawdą. Peter od przedszkola był poniewierany – najpierw przez starszych chłopców, a później przez niemal wszystkich. W oczach rówieśników uchodził za frajera.

            Nie był ani kujonem, ani miernym uczniem, raczej przeciętniak w okularach i trądzikiem, waga piórkowa. A jednak było w nim coś, co sprawiło, że tamci się na niego uwzięli. Peter nie wyróżniał się w sporcie – to jego starszy brat był gwiazdą szkolnej drużyny. Joey był mięśniakiem, jednym z tych, którzy to rozpętali. 

            Zaczęło się prawie niewinnie – od wyrzucenia pudełka ze śniadaniem przez okno szkolnego autobusu. Później jego śniadanie regularnie lądowało na ulicy, ktoś dołączył poszturchiwanie, ktoś dorzucił kilka wyzwisk. Potem były pięści. Gdy próbował się bronić, kończył dużo gorzej niż napastnik. Gdy się skarżył – ataki przybierały na sile. Chcesz pogorszyć swoją sytuację? Śmiało! Powiedz o tym nauczycielowi! Tragedia, do jakiej doszło w Sterling High obnażyła niedoskonałości systemu – nauczyciele niedostatecznie dbali o ukrócenie szykan, napastnicy czuli się bezkarni.

           

            Autorka poruszyła ważny i drażliwy temat. Nie mam na myśli samych strzelanin w szkołach, a raczej każdy pojedynczy akt przemocy, także tej werbalnej. Jakim piekłem musiało być życie Petera, skoro posunął się do zbrodni? A jak wiele innych dzieciaków na co dzień doświadcza pada ofiarą prześladowania jakiejś „silniejszej” grupy? I dlaczego tolerancję wypiera złość i nienawiść?

            Drugą poważną kwestią poruszoną na kartkach powieści jest problem wychowania. Czy rodzice zawsze mają wpływ na wybory, jakich dokonują ich dzieci? I czy w normalnej rodzinie może trafić się czarna owca? Lacy Hughton była przekonana, że obu synów traktuje tak samo. To jedna z tych matek, które dają dzieciakom dużo swobody, odwołując się tylko do ich zdrowego rozsądku.. Po śmierci Joeya dowiedziała się, że jej pierwsze dziecko nie było ideałem. Odkrycie, którego dokonała utwierdziło ją w przekonaniu, że czego oczy nie widzą… Po strzelaninie jej życie legło w gruzach. Drugi z synów, ten spokojny chłopiec! okazał się mordercą. Nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że to wszystko wydarzyło się z jej winy. Już nigdy nic nie będzie takie samo. Wszyscy będąca nią patrzeć przez pryzmat Petera. Jest matką mordercy.

              Fundamentalne potrzeby, jakie powinny zostać zaspokojone przez społeczeństwo zostały wypaczone. Dla Petera bezpieczeństwo było fikcją, życie z piętnem odmieńca stało się nie do zniesienia.

            Powiem tak: każdy, nie tylko nastolatek, chce czuć się potrzebnym i kochanym. Każdy potrzebuje akceptacji i bezpieczeństwa. Płacz nad rozlanym mlekiem nic nie da. 

            „Dziewiętnaście minut” ma u mnie wielkiego plusa za poruszone problemy i małego minuska – za przewidywalność wydarzeń. To, o czym napisałam jest tylko drobnym wycinkiem z całości. W książce dzieje się znacznie więcej.

Na zakończenie jeszcze jeden kawałek, który bardzo pasuje do treści książki:


           

czwartek, 30 maja 2013

trudny wybór


Jodi Picoult, „Bez mojej zgody” 
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2005

Hurra! Mam dzień wolny – tak zupełnie! Żadnego myślenia o pracy i innych obowiązkach – rzecz niespotykana. Okej, przesadzam. Ale tylko troszeczkę;) Jedno jest pewne – mam czas na swobodne pisanie. W związku powyższym, podzielę się z Wami moimi czytelniczymi przygodami:)

Dość trochę zajęło mi podjęcie decyzji o czym dziś napisać? Z racji, że w ostatnim czasie przeczytałam kolejne 2 książki Jodi Picoult i czuję przesyt (i znudzenie monotonią formy) – właśnie o nich będzie. Jak tylko skończę pisanie na brudno – wrzucę kilka słów o książce „Dziewiętnaście minut”. Na pierwszy ogień pójdzie „Bez mojej zgody”.

Przyznaję, że nie do końca rozumiem te wszystkie ochy i achy. Książka jaka jest – każdy wie (chyba nawet jeśli nie czytał). Swego czasu trafiłam na wysyp opinii na jej temat, a że ciekawość znowu wzięła górę nad rozsądkiem, dodałam ją do listy spraw do odhaczenia.

Temat dość kontrowersyjny – jak na Picoult przystało. Tym razem trafiamy do pięcioosobowej rodziny, której życie kręci się wokół jednego z dzieci. Kate jest drugim z trójki dzieci, od wielu lat choruje na ostrą odmianę białaczki. Z chwilą gdy zachorowała, Jesse poszedł w odstawkę. Mimo że był tylko trochę od niej starszy, bardzo szybko zrozumiał, że powinien sam zacząć troszczyć się o własny tyłek. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że czuł się zbędny. Matka troszczyła się przede wszystkim o Kate. Nie ma to jak prezent urodzinowy prosto ze szpitalnego kiosku… Jego poczucie przynależności jeszcze bardziej zmalało, gdy okazało się, że nie może być dawcą.

Na szczęście na świat przyszła Anna. Dawca idealnie zgodny, stworzony na miarę potrzeb. Wedy jeszcze nikt nie wiedział, że nie skończy się na jednym ukłuciu igłą strzykawki.

„Mówię wam, gdyby na Ziemi wylądowali dziś kosmici i gruntownie zbadali przyczyny, dla których dzieci przychodzą na świat, doszliby do wniosku, że w większości wypadków powodem narodzin jest zbieg okoliczności, nieumiarkowane spożycie alkoholu w niewłaściwy wieczór, niestuprocentowa skuteczność środków antykoncepcyjnych albo jeszcze coś innego, co jest równie mało pochlebne jak wszystkie pozostałe przyczyny.
Ja natomiast przyszłam na świat w bardzo konkretnym celu.”

Walka toczona o czyjeś życie nigdy nie jest równa. Nigdy.

Siostry były sobie bardzo bliskie. Od zawsze wiedziały, że są sobie potrzebne. Nie chodziło tylko o „zaplecze medyczne”, jakim stała się Anna. Kochały się – jak tylko siostry potrafią. Co się musiało stać, że Anna pewnego dnia powiedziała Dość? Czy to z powodu uprzywilejowanej pozycji chorej w oczach matki? Czy z powodu porzuconych marzeń o hokeju? A może strach o stan własnego organizmu doszedł zwyciężył?

Matka próbowała wybić jej to z głowy. Przecież nastolatka nie może być w pełni świadoma skutków, jakie pociągnie za sobą taka decyzja. Jak ona może myśleć tylko o sobie?! A co z jej chorą siostrą?!

Oprócz matki i dwóch córek, w książce pojawia się jeszcze jedna ważna kobieta: Julia Romano. Zadaniem pani kurator jest ustalenie, jak naprawdę wygląda sytuacja w otoczeniu powódki i czy aby na pewno dziewczynka wie, co robi. Oczywiście Julia jest młoda, ambitna, samotna. A któż to staje na jej drodze? Kłamca nad kłamcami, facet, który złamał jej serce i wystawił na pośmiewisko. I znów próbuje to zrobić! Żeby się od niego uwolnić, musiałaby zrzec się tej sprawy, bowiem Campbell Alexander jest adwokatem Anny Flitzgerald. Jak myślicie – czy panna Romano będzie w to dalej brnąć, czy zdecyduje się ratować własną dumę?

Zdecydowanie, tytuł najdziwniejszego bohatera powinien powędrować do głowy rodziny Flitzgeraldów. Przez cały czas sprawia wrażenie wycofanego, jakby cała sytuacja go nie dotyczyła bezpośrednio. Koleś ewidentnie się zgubił gdzieś na początku choroby Kate. Zapadł na dziwną odmianę śpiączki. Stał się obojętny na wszystko, co wymagało więcej zachodu, kompletnie zatracił potrzebę samodzielnego działania i decydowanie. Dobrze, że ze śpiączki można się wybudzić.

W głowie mi się nie mieści, że obojgu rodzicom gdzieś po drodze odechciało się wychowywania najstarszego dziecka. Jak mogli wydać przyzwolenie na wszystkie jego dziwactwa? Kto to widział, żeby dzieciak nie mieszkał w domu, tylko gdzieś nad garażem? Nie, to się nie mogło dobrze skończyć.

Gdybym miała określić „Bez mojej zgody” kolorem, wybrałabym szary, ze wszystkimi jego odcieniami. Tam nic nie jest czarne albo białe. Nie ma bohaterów złych – nawet matka ślepo (wpatrzona w chorą córkę) kątem oka dostrzega problemy pozostałej dwójki dzieciaków (niestety z działaniem bywa różnie). Kate też nie jest takim aniołem, za jakiego bierze ją matka i większość osób z otoczenia.

Zapieram się rękami i nogami, żeby nie obejrzeć filmu nakręconego w oparciu o książkę. Co za dużo, to niezdrowo:P

Zastanawiam się – czy książka cieszyłaby się równie wielkim powodzeniem gdyby nie wytoczony proces? Czy równie dużo osób byłoby pod wrażeniem, gdyby okazało się, że jednak jest inny dawca? Albo – gdyby to była inna choroba? Szału nie ma – chyba że ktoś uwielbia rozwiązania rodem z Hollywood albo pełnych napięcia oper mydlanych. Picoult przesadziła z efektami specjalnymi ot, co.

piątek, 22 lutego 2013

lokalny romans z bandą nastolatek w tle



Jodi Picoult, „Czarownice z Sallem Falls”
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2008 r.

Wydaje mi się, że ten wpis najlepiej będzie zacząć od małego quizu: 

 Wymień kilka cech, które są wspólne dla małych miasteczek
  
Mi do głowy przychodzą następujące:

-        każdy wie, kto jest kim
-        wszyscy wiedzą o wszystkich wszystko
-        małomiasteczkowa nuda może zostać przerwana tylko przez sensację
-        plotki rozchodzą się z prędkością światła
-        jeśli raz dasz się:
a) wbić w jakąś rolę
b) wrobić w coś, to, choćby skały s…y, nie zmienisz tego.

            Dodatkowo, na niekorzyść Salem Falls (jako miejsca na „rekonwalescencję”) przemawia jego amerykańskość z jedną knajpko-restauracją, etatowym stróżem prawa w co drugim domu, pomarańczowym autobusem szkolnym, monotonną zabudową i strażą obywatelską podobną w działaniu do naszej rodzimej szlachty sprzed wieków (tak, nadal uważam, że najgorszy typ małego miasteczka to miasteczko amerykańskie).

            Ad rem!
Jack St. Bride z hukiem wyleciał ze szkoły, w której uczył historii i trochę posiedział za kratkami. Wszystko to dzięki słodkiej nastolatce, oskarżeniu belfra o gwałt i „sprawnemu” sądownictwu. Facet po wyjściu z pudła zamiast wracać prosto do domu powlókł się do obcego miasteczka przekonany, że jak popracuje trochę na zmywaku, to nikt się o jego przeszłości nie dowie. Marzenie ściętej głowy, proszę pana!

            Nasz męczennik nie wziął pod uwagę, że każda szanująca się właścicielka restauracji ma, choć nie zawsze z własnej woli, wtyki w policji.  No cóż… Albo Jack faktycznie jest gwałcicielem, albo ma wyjątkowego pecha, bo po raz drugi został oskarżony o to samo.

Mleko oczywiście się rozlało, trzeba wszystko wyjaśnić. Tylko… ej! Czekaj! Co ty robisz?! Nie…! NIE ZAKOCHUJ SIĘ! No i klops. Historyk recydywista zakochuje się w Addie, która oczywiście nie daje wiary huczącym i wszędobylskim pogłoskom. Lokalny romans z bandą nastolatek w tle gotowy.

            Owe dziewczęta zapomniały chyba, że żyjemy w XXI wieku. Tytułowe czarownice są wyznawczyniami kultu Wicca. Pal sześć, jeśli na samym wyznawaniu miałoby się skończyć, ale pewnie wtedy nie byłoby sensu tworzenia dalszego ciągu powieści.

Gillian, sprawczyni sporego zamieszania postanowiła przetestować swoje moce w praktyce. Rzuciła na Jacka maleńką miłosną klątewkę. Chciała dobrze, wyszło… no właśnie.

            Niezliczone rzesze nastolatek bujają się w starszych aktorach/piosenkarzach/sportowcach* i właściwie nie ma w tym niczego, co można uznać za niestosowne. Dlaczego więc Gil nie wystarcza platoniczne uczucie do Jacka? To pytanie tłukło mi się gdzieś w tyle głowy dość długo. Gdy zaczęłam odkrywać prawdopodobną przyczynę zachowania dziewczyny chciałam jak najszybciej dotrzeć do końca książki. Zakończenie – niby zaskakujące, a jednak – było kilka tropów, które pozwoliły je przewidzieć.

            Ogólnie – książka niezła, choć w momencie zawiązania romansu mój początkowy zapał przygasł. Późniejsza intryga nieco go rozdmuchała, choć fajerwerków nie było.

Ogromnego plusa mogę postawić Jodi za poruszoną tematykę. Nie tylko sam gwałt, ale także postawa lokalnej społeczności i następstwa udzielenia poparcia stronom konfliktu zostały nieźle opisane. W związku z wybuchem paniki w miasteczku, czytelnik niejako na żywo może zaobserwować, jak działa mechanizm samospełniającej się przepowiedni. Wyraźnie można dostrzec odwieczną prawdę, że słowa potrafią ranić bardziej niż miecz.

Warto sobie zadać pytanie kto tak naprawdę jest ofiarą gwałtu, a kto sprawcą



* niepotrzebne skreślić

wtorek, 4 października 2011

przypatrz się raz jeszcze. co teraz widzisz?

Jodi Picoult, „Drugie spojrzenie”
Wydawnictwo Prószyński i S – ka, 2010 r.

Jeszcze do niedawna literaturę kobiecą omijałam szerokim łukiem. Sporadycznie i z ogromną rezerwą sięgałam po powieści sławnych pisarek, które pewnie zbiły fortunę na rzewnych historiach miłosnych, zawsze kończących się wyjątkowo szczęśliwie.

Sama nigdy nie sięgnęłabym po nic Picoult, ale uległam namowom pani A. i w 3 dni połknęłam dwie książki tej pisarki. Choć w poprzednim wpisie dzieliłam się swoimi odczuciami na temat „Linii życia”, to nie od niej zaczęłam czytać książki Picoult, tylko od „Drugiego spojrzenia”. Początkowo myślałam, że przeczytanie choć jednej z tych książek będzie dla mnie katorgą, ale szybko zmieniłam zdanie. Może przestanę się już rozwodzić nad moją niechęcią do literatury kobiecej/romansów/lawstorów/babskich powieści obyczajowych czy jakby jeszcze nazwać ten gatunek, który wciąga kobiety w wir wydarzeń tragicznych, po to tylko, by na końcu główna bohaterka znalazła wybawcę i żyła z nim długo i szczęśliwie. Książki Picoult nie mają w sobie nic z tych rzeczy. Są zaskakujące i niepowtarzalne.

Nie trzeba być wróżką z kryształową kulą, by zbić fortunę na utwierdzaniu ludzi  w ich przekonaniach. Pogromcy duchów, zwłaszcza ci, których telewizyjne programy biją rekordy popularności, mogą zarobić znacznie więcej, a każdy z ich „sukcesów” jest znacznie ciekawszy niż kobieta gotowa postawić tarota na wizji każdemu, pod warunkiem, że połączenie telefoniczne będzie trwać odpowiednio długo.

Ross, jest właściwie żółtodziobem w tej branży, ale gorąco pragnie spotkać ducha. Kilka razy uniknął śmierci (co wcale go nie cieszy). Podejmując się pracy w charakterze pomocnika sławnych pogromców duchów liczy tylko na jedno – że spotka ducha swojej tragicznie zmarłej dziewczyny. To z jej powodu tak pragnie śmierci lub chociaż kontaktu ze zmarłymi. Szybko jednak wycofał się z tego biznesu, bo tylko tym była praca owych pogromców. Jeśli ducha nie ma, a ktoś wierzy, że jest inaczej, to należy wszystko zorganizować tak, by duch jednak był. Jak już duch zostanie spreparowany – można go wygnać i zainkasować wynagrodzenie za kolejne porywające show. Oczywiście nie wszyscy „pogromcy” to oszuści, czasem jakieś miejsce faktycznie jest nawiedzane przez cienie z przeszłości. Niestety, Ross ciągle nie nawiązał żadnego kontaktu ze swoją ukochaną. Czuje, że musi odpocząć – od oszukiwania naiwnych, od oszukiwania siebie samego.

Dom jego siostry wydał mu się miejscem najbardziej odpowiednim, by wszystko przemyśleć po raz kolejny. Jednakże złośliwy los miał wobec niego inne plany. Na parceli, którą właściciel postanowił sprzedać, deweloper chce postawić galerię handlową. Indianie z plemienia Abenaki usiłują zablokować inwestycję, gdyż uważają, że na owej ziemi jest ich cmentarz. Kto oglądał film „Duch” pewnie pamięta, czym skończyło się wybudowanie osiedla na indiańskim cmentarzysku. Wtedy zaginęła mała dziewczynka, a w jej domu zaczęły dziać się rzeczy przerażające. U Picoult, wraz z wjazdem buldożerów na teren sporny, z nieba zaczęły sypać się płatki róż, ziemia zupełnie zamarzła (w środku upalnego lata) i koparki nie mogły się przez nią przebić.

Indianie mówili, że rozgniewano duchy ich przodków, ale deweloper wiedział swoje. Chcąc nie chcąc, Ross musiał znowu zacząć szukać duchów. Na nawiedzonej parceli spotkał tylko kobietę – ale nie ducha, kobietę z krwi i kości. Kobieta sprawia wrażenie osoby zastraszonej przez męża. No cóż, ducha nie ma, ale przynajmniej jej Ross może się wykazać i spróbować pomóc pięknej Lii. A że przy okazji się zakochuje…

Myślę, że gdyby nie to, iż w powieści pojawił się wątek kryminalny, w tym miejscu zarzuciłabym dalszą lekturę. Na szczęście wyszło na jaw kilka faktów z zamierzchłej przeszłości. Być może duch faktycznie broni spornego terenu, na którym w latach 30. ktoś zamordował żonę mężczyzny, który teraz sprzedał posesję deweloperowi. Przyznaję, zdecydowałam się doczytać tę książkę tylko dlatego, że chciałam wiedzieć, kto był mordercą.

Dzięki kilkutorowej narracji (współczesność: Ross i historia pewnej lekarki, która zajmuje się in vitro; przeszłość: lata 30. ubiegłego wieku) czytelnik zapoznaje się z przeszłymi i teraźniejszymi dziejami owej działki – cmentarza Indian i miejsca strasznej zbrodni.

Historia, która miała miejsce w latach 30. na feralnej ziemi jest przerażająca. W domu, który tam stoi mieszkało młode małżeństwo. Podczas gdy ona oczekiwała pierwszego dziecka, on wraz z teściem snuł eugeniczne plany ratowania świata. Mężczyźni ci, by uwolnić ludzkość od chorób i patologii, gotowi byli na wszystko. Mniejsze zło – pozbawić ludzi z marginesu społecznego możliwości posiadania dzieci, by nosiciele złych genów nie mogli ich dalej przekazywać. Sęk w tym, że za ów margines uważano plemię tamtejszych Indian. Te czarne karty z historii Stanów, a zwłaszcza stanu Vermont, w którym toczy się akcja powieści, zostały po wojnie zepchnięte w najdalsze obszary ludzkiej pamięci. Żeby rozwiązać zagadkę nawiedzonego domu, bohater musi cofnąć się w czasy szalonych naukowców. To co odkrył w miejskim archiwum, przerosło jego najśmielsze przypuszczenia.

Krok po kroku odkrywamy nowe fakty sprzed siedemdziesięciu lat, które są kluczem do wydarzeń z przeszłości. Wątek miłosny nie jest taki, jak w klasycznym lovestory; czytelnik wpada w wir wydarzeń, które pochłaniają go bez reszty.

Nie mogłam się oderwać od tej książki. Czytając ją, niczego nie można być pewnym, bo mimo iż akcja początkowo toczy się spokojnie, wraz z kolejnymi rozdziałami wszystko zaczyna nabierać tempa. Jedyne, co mogłabym zarzucić „Drugiemu spojrzeniu” to przesyt wątków pobocznych, które zacierają obraz zasadniczej części książki i utrudniają czytelnikowi skupienie się na istocie sprawy. To, jak niechlubna historia nauki i Vermontu splotła się z losami Indian, zamordowanej ciężarnej, lekarki z kliniki leczenia bezpłodności, i życiem Rossa, zupełnie mnie zaskoczyło. Zjawiska paranormalne, które są w książce czynią historię lekko niesamowitą, ale sposób kreacji bohaterów i prezentowanie ich uczuć oraz motywów podejmowanych działań powoduje, iż wszelkie przedobrzenia nie rażą zbyt mocno. Pomysł na książkę pani Picoult miała świetny i stworzyła świat, który absorbuje uwagę czytelnika.

Tę książkę warto przeczytać, jeśli nie dla samego wątku miłosnego czy kryminalnego, to przynajmniej po to, by zrozumieć dziwne meandry medycyny i eksperymentów przeprowadzanych pod pretekstem poprawy życia prawych obywateli. Po przeczytaniu tej książki stwierdziłam, że jej tytuł jest świetnie dopasowany, ponieważ odnosi się do wszystkich istotnych treści w niej zawartych.