Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arturo Pérez-Reverte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arturo Pérez-Reverte. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 sierpnia 2013

gra w szachy


Arturo Pérez-Reverte, „Szachownica flamandzka” 
Wydawnictwo Muza SA, Warszawa 2012 r.

Jakiś miesiąc temu napisałam kilka słów na temat fenomenalnej książki A. Pérez-Reverte pt. „Królowa południa”. Dziś znów chciałabym opowiedzieć o jego twórczości.

„Szachownica flamandzka” to lekki kryminał z historyczną wkładką, doprawiony nutą bajkowości (a nawet – baśniowości), okraszony inteligentnym humorem. Jest tu siwo od dymu papierosowego, nieco dekadencko – ale to chyba zasługa ludzi związanych ze sztuką i wódką. Albo samej wódki i przyćmionych lamp. To książka wspaniała pod względem doboru postaci. Obracamy się wśród ludzi wykształconych, czułych na sztukę, którzy żywo interesują się pewnym obrazem.

Najważniejsza jednak jest zagadka: kto zabił rycerza? I kto zabija setki lat później? Przecież nie jest rzeczą możliwą, żeby słynny malarz flamandzki, autor nieszczęsnego obrazu rzucił klątwę na swoje dzieło! A może prawda sprzed wieków wcale nie chce, by ją odkryto…?

Niewątpliwie ktoś zamordował rycerza Rogera D’Arras. Z wysokim prawdopodobieństwem można stwierdzić, że zarówno ofiara jak i morderca zostali przedstawieni na obrazie van Huysa. Co więcej, wygląda na to, że ów obraz powstał właśnie po to, by mordercę zdemaskować!

Ale – ale, nie tak prędko! Zagadka z obrazu ma II dno. Być może nie chodzi tylko o ustalenie, kto jest mordercą, ale również – kto jest zwycięzcą rozgrywanej na obrazie partii szachów.

„Ostatecznie wszystkie obrazy są obrazami jednego obrazu, wszystkie lustra są odbiciami jednego lustra, wszystkie śmierci są śmieciami jednej Śmierci.”

Początkowo bohaterów w powieści jest niewielu:

Julia, wzięta konserwatorka sztuki; odkryła, że pod wierzchnią warstwą farby ktoś (niewątpliwie sam van Huys) ukrył owo „kto zabił rycerza?”. Pije mocną, gorzką kawę, wypala całe tony papierosów. Ma umysł trzeźwy, nawet gdy wypije za dużo, a mimo to marzy o Nibylandii. 

Menchu, kobieta wyzwolona, wieloletnia przyjaciółka Julii i właścicielka galerii; chce obraz sprzedać. Zagadka sprzed lat dodaje pikanterii zbliżającej się aukcji, co dla Menchu oznaczać może znaczny wzrost spodziewanych zysków.

Cesar, najlepszy przyjaciel Julii, wybitny antykwariusz, miłośnik klasyki w jej najlepszym wydaniu, elegancik jak się patrzy. Człowiek oczytany, rozmiłowany w łacinie, z ogromnym dystansem do siebie i własnej orientacji. Dla niego Julia na zawsze pozostanie małą księżniczką.

„Życie jest jak droga restauracja, gdzie zawsze na koniec podsuwają ci rachunek, co wcale nie oznacza konieczności zapomnienia o delicjach, których się wcześniej kosztowało.”

Równolegle z nimi poznajemy osoby szachowego dramatu: wspomniany już przeze mnie Roger D’Arras, rycerz, ofiara mordu; książę Ostenburga, a za razem przyjaciel rycerza; Beatrycze, żona księcia, prawdopodobnie kochanka rycerza. Ich personalia ustalił Alvaro, profesor i znawca historii, dawny kochanek Julii i… pierwsza współczesna ofiara mordercy.

Po stronie dobra stoi jeszcze Muñoz. Jest mistrzem szachowym, choć nie wygrał ani jednej partii – mimo że okazji ku temu nigdy nie brakowało. Swoją drogą – kto rozpoczyna grę dla samej gry, a nie dla jej rozstrzygnięcia? Czyż to nie szlachetne? Grać i, mimo miażdżącej przewagi, nie pokonać przeciwnika?

W powieści pojawiają się jeszcze osoby poboczne – uczeń Cesara oraz aktualny pupilek Menchu. Na upartego, do ich grona można jeszcze dołączyć pewnego staruszka, właściciela feralnego obrazu.

Wymieniłam już sześciu potencjalnych morderców. A to jeszcze nie koniec. Zdecydowanie najbardziej podejrzaną osobą jest bratanica staruszka i jej mąż-hazardzista, który gotów jest zastawić własną duszę, byle tylko przez chwilę móc grać (w karty, bo na szachy był zwyczajnie za głupi – albo takiego udaje).

            Kto jest mordercą? Jaki jest motyw? Zabija z chęci zysku, czy może wie coś, czego nie wiedzą inni? Kim będzie kolejna ofiara…?

„Prawda jest jak doskonałe zagranie szachowe: istnieje, ale trzeba ją znaleźć. Po upływie odpowiedniego czasu zawsze da się udowodnić.”

            Jak widać, bohaterowie tworzą barwną mieszankę, z której musi wyjść coś wybuchowego. I choć czasem może wydawać się, że już-już znamy rozwiązanie, po kilku zdaniach jesteśmy od niego równie dalecy jak na początku historii. Nawet jeśli odkryjemy kto zabił rycerza, prawdziwy motyw będzie dla nas wielkim zaskoczeniem. 

            Uwielbiam Péreza! Za jego gry słowne (brawa dla tłumacza!), za wiedzę, lekkie pióro, wartką akcję i inteligentne, zawiłe intrygi! I za bohaterów, którzy czytają książki, którzy żyją nimi! Hm… i za tych, którzy książek boją się jak diabeł wody święconej;)

            Proszę mi wierzyć – książki autorstwa Péreza pochłania się jednym tchem. Kto odważny, może śmiało podjąć wyzwanie szachowe i zanurzyć się w opary farb, tytoniu i tajemnicy.

Och, zapomniałam! Jest jeszcze tajemnicza blondynka – femme fatale. To ona pośredniczyła między zabitym historykiem sztuki a Julią. Tak, tak, zawsze, gdy działo się coś niesamowitego lub po prostu – strasznego – blondyna była blisko. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że może jej, jako osobie z zewnątrz, zależeć na obrazie. Tylko po czyjej jest stronie…?

sobota, 6 lipca 2013

bo to zła kobieta była

Arturo Pérez-Reverte, „Królowa południa”
Wydawnictwo Muza, Warszawa 2003 r.

Szanowny Czytelniku!
W dzisiejszym poście panoszyć się będą: miód, lukier i narkotyki.

Na swoim czytelniczym koncie (do dnia dzisiejszego) udało mi się odhaczyć 4 książki autorstwa Péreza (pozwolisz, że tak będę mówić o tym autorze?). Trzy z nich były fenomenalne, tematyka czwartej była dla mnie mało zrozumiała (fechtunek mnie nie kręci). Dziś nie będę się rozwodzić nad tą, którą przeczytałam pierwszą, ale nad trzecią. Postaram się za bardzo nie rozwodzić nad kwestiami pobocznymi;)

Z ręką na sercu oświadczam, że dawno nie zdarzyło mi się czytać tak dobrej książki sensacyjnej (etykietka przyklejona przeze mnie, nikt nie musi się zgodzić z tym, że to sensacja). Co więcej, „Królowa Południa” ma w sobie TO COŚ, co każe czytać bez wytchnienia, a po przeczytaniu nie pozwala o sobie zapomnieć.

Główna bohaterka, Teresa Mendoza, gdy ją poznajemy, ma zaledwie 20 lat i baaardzo przerąbane. Niby nic nie zrobiła, żeby sobie tak nagrabić u narkotykowych władców z Meksyku, ale... Teresa jest była dziewczyną jednego z lepszych pilotów-przemytników jakich poznał stan Sinaloa. Gdy zadzwonił TEN telefon ona już wiedziała, że musi brać nogi za pas. I to możliwie jak najszybciej.

Klnąc, na czym świat stoi, rozkwaszając gębę pewnego oprycha, bluzgając na (pewnie jeszcze ciepłego) Blondyna i jego przemyt uciekła do Hiszpanii. W nowym miejscu, ba! w nowym życiu! idzie jej całkiem nieźle. Dłużnik dłużnika załatwił jej pracę, nikt o jej przeszłości nie wie nic - a nawet jeśli wie to trzyma gębę na kłódkę, bo ma dług do spłacenia. Oczywiście u Péreza bohaterowie, zwłaszcza ci najważniejsi, zbyt długo łatwo nie mają (gdyby mieli, książki byłyby beznadziejne).

W barze, w którym pracowała, poznała Santiago. Co takiego miał w sobie - nie wiem do tej pory. Dość, że zawrócił jej w głowie. Wtedy w Culiacan Teresa była tylko dziewczyną pilota-przemytnika i stała na uboczu. W Hiszpanii zaangażowała się w przemyt osobiście. Przez cieśninę Gibraltarską co noc szmuglowany jest tytoń, koka, marycha i Bóg wie co jeszcze... I w tym wszystkim ona: negocjatorka, przemytniczka, wspólniczka, wiernie u boku Santiago.

Podczas jednej z nocnych wypraw coś poszło nie tak, ktoś komuś lepiej zapłacił, ktoś komuś szepnął słówko. Ptaszysko namierzyło ich z powietrza, pilot maszyny radził sobie doskonale i nie dał się zmylić sternikowi fantoma. Straż przybrzeżna wygrała pościg, który dla Teresy zakończył się tragicznie. Fantom roztrzaskał się o skałę, Santiago zginął, a ona wylądowała w pudle.

Gdyby Pérez w tym miejscu zakończył narrację, miałby u mnie minusa wielkiego jak stąd do Culiacan. Zrobiłby z książki umoralniającą przypowiastkę o tym, że każdy kto jest zły, skończy marnie. Na szczęście Arturo wie, jak z książki nie zrobić tworu paskudnego (a przynajmniej taką mam nadzieję:P).

Trzeba mieć wielkie szczęście i talent - dostać od losu trzecią szansę i po raz trzeci wpakować się w bagno. Dodam jeszcze, że ten trzeci raz był „naj”: najbardziej świadomy i elegancki. I najdoskonalszy.

Podobno w więzieniu trzeba mieć albo twardą głowę (do myślenia), albo twardy tyłek (do zbierania razów za inność). Można jeszcze, w wyjątkowych przypadkach, mieć wpływowego opiekuna.

Nasza farciara dostała miejsce w celi Patricii O' Farrell. Pati była prawdopodobnie najbardziej nadzianą, wpływową i oczytaną więźniarką tamtych czasów. Co więcej, Pati miała skarb. Nie jakiś tam urojony skarb kokainisty. Nie, ona miała całą górę białego proszku ukrytą w grocie, gdzieś na wybrzeżu.

Wbrew pozorom, Teresa jest rozsądną kobietką i do pomysłu wydobycia Skarbu podchodzi raczej niechętnie. Ale z drugiej strony...

To co wspólnie zaczęły i razem rozwijały było ogromne. Nie ograniczały się do terytorium Hiszpanii czy okolic Gibraltaru, ich towar krążył  nawet w Rosji. I, co najlepsze, wielkich pieniędzy dorobiły się nie na handlu narkotykami, ale na ich przewozie. Tworzyły piękny duet! Jedna - mentorka i opiekunka, druga - mózg przedsiębiorstwa.

Pati i Teresa oczarowały mnie. Pérez pokazał, że jedna książka może zmienić ludzkie życie. Zanim poznała Pati, Teresa była zwykłą przemytniczką, której pewnego razu zabrakło szczęścia. To Patricia nauczyła ją czytać dobre książki, to ona podsunęła jej „Hrabiego Monte Christo”. I to ona starała się, żeby Teresie życie się ułożyło, choć nie chciała, żeby ta o niej zapomniała. Im lepiej wiodło się Teresie, tym gorzej było z Pati. Zawiedzione nadzieje? Pomyłka w obliczeniach? Złamane serce?

To co te kobiety robią, zawsze niesie ze sobą ryzyko. Sypnąć może każdy, na każdym etapie, nawet najbliżsi. Zwłaszcza, jeśli początkowe wyobrażenia o wspólnikach przestają odpowiadać rzeczywistości, a do gry wmiesza się kolejna grupa.

Dodatkowym smaczkiem jest podwójna osobowość tytułowej bohaterki. Teresa cały czas, a zwłaszcza w momentach dla niej najtrudniejszych, wspomina życie w Culiacan. Wraca do dni, gdy Blondyn był obok, a ona nie była zepsuta do szpiku kości. Tak, tak, choć pałam do niej niewysłowioną sympatią, a nawet: gotowa jestem pogratulować jej siły i wytrwałości, to wiem, że Teresa Mendoza potrafiła być zimna i wyrachowana. To kobieta, która na pierwszym miejscu stawia wierność i prawdę, kobieta, która srogo karze zdrajców.

Ta, którą nazwano Królową Południa, miała głowę do rachunków. Najlepiej wychodziło jej stosowanie starej ludowej mądrości - wspólnej dla wszystkich narodów – „umiesz liczyć? licz na siebie”.

A Patricia? W imię miłości pozwoliła swojej podopiecznej na bardzo dużo. Daj palec...
Teresa swoją szansę wykorzystała.

Pérez napisał książkę wspaniałą. Tam kobiety udowadniają, że są równe mężczyznom. Tam wierność towarzyszom jest w cenie, a umiejętność negocjacji jest nieodzowną cechą zwycięzców. Niby zwykła powieść, kompletna fikcja literacka, ale w wydaniu reporterskim nabiera cech autentyczności. Kto wie? może Teresita istnieje?