sobota, 25 lutego 2012

Rękopisy nie płoną

Michaił Bułhakow, „Mistrz i Małgorzata”
Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1994 r.

Są książki, do których trzeba dorosnąć, żeby zrozumieć. Są też takie, które można czytać po sto razy i za każdym razem odkrywać coś nowego. Niestety – te, które przeczytamy w niewłaściwym czasie mogą nas zrazić do siebie już na zawsze.

Pół mojej klasy nie przeczytało „Procesu”, prawie nikt nie dobrnął do końca „Jądra ciemności”, a rozwiązaniem zagadki z „Imienia Róży” w ich imieniu zajął się Sean Connery. Wielu „Mistrza i Małgorzatę” zna tylko ze ściąg czy innych „pomocy naukowych”. Trochę wstyd – przecież byliśmy na humanie. Ale z drugiej strony, nie byliśmy na te książki gotowi, ponieważ nasza zakręcona polonistka skakała z epoki w epokę. I w ten oto sposób wszystkie wymienione przeze mnie tytuły czytaliśmy brodząc gdzieś w odmętach starożytności lub średniowiecza. Co prawda – w trzeciej klasie nie musieliśmy ich już czytać, ale to nie przeszkodziło mi w sięgnięciu po nie po raz drugi. A ostatnio, w ramach oderwania od polityki innowacyjnej i wskaźnika syntetycznego (proszę, nie pytajcie co to… :P), postanowiłam przypomnieć sobie to i owo z ogólniaka;)

Na pierwszy (piekielny?) ogień poszedł Bułhakow, pod rękę z „Mistrzem i Małgorzatą”.

Był piękny wiosenny wieczór. Redaktor Berlioz i poeta Bezdomny zupełnie sami przechadzają się po Patriarszych Prudach. Jako zapaleni ateiści (matuszka Rosja takich ceni) chętnie i bez lęku podważają istnienie Boga, w piekło i niebo nie wierzą, bez zbędnych ceregieli pozwalają cudzoziemcowi włączyć się do rozmowy. Swoją drogą, niezłe ziółko z tego cudzoziemca. Utrzymuje, że jadł śniadanie z samym Kantem, zna prawdziwą historię Piłata i tego, na którego wołano Jeszua Ha – Nocri. Elegancik ponoć był w wariatkowie (ale czym jest schizofrenia kazał osobiście dowiedzieć się wspomnianemu poecie). Na dodatek podsłuchuje (myśli) rozmówców, bezczelny! Chełpi się, że wie, jaka komu śmierć pisana. Tylko… czego innego spodziewać się po profesorze czarnej magii?

Ależ ten Woland w Moskwie namieszał! Oczywiście – nie sam. Od czego ma się świtę? Wiecznie naga wampirzyca – Hella, szeroki w barach i z kłem na wierzchu, wybitnie groteskowy Azazello (jak dla mnie brakuje mu tylko łańcucha na klacie i dresu;P), Korowiow, mężczyzna o stu twarzach i mój ulubieniec: Behemot – czarne kocisko, które chleje wódkę, zagryza grzybkiem, łazi na dwóch łapach. Taki duży, niedopieszczony dzieciak.  Nie jest zarozumialcem, ale źle się czuje, gdy uwaga widowni nie skupia się tylko na nim. Czerwońce! Francuskie ciuszki, markowe perfumy! Władca piekieł szczodrze obdarował zachłannych mieszkańców Moskwy. I nawet bal wydaje!

O, nie tak szybko, nie każdy na Bal u Szatana zostanie zaproszony! Jeśli nie masz na sumieniu żadnej zbrodni ani stryczka na szyi nic tam po Tobie. No, dobra, w ostateczności możesz pełnić rolę jednej z atrakcji wieczoru. Może chcesz być wieprzem? Nie? A może chcesz spektakularnie paść trupem? Też nie? Cóż… Małgorzatą też nie jesteś.

No tak, zapomniałam wspomnieć, że Woland CO ROKU wydaje wielki bal. Zawsze jest to inne miasto – można powiedzieć, że nasz przyjemniaczek jest dobrym władcą, który co jakiś czas wizytuje swoje włości. Tym razem padło na Moskwę. Naturalnie – bez gospodyni żadna impreza nie może się udać. Wybrana zostaje ta, której życie u boku męża już dawno obmierzło, ta, która gotowa jest oddać wszystko, by odnaleźć swoją utraconą, ale prawdziwą miłość. Kobieta zdesperowana, która z bukietem żonkili szukała miłości na ulicach miasta. Małgorzata. Za zgodę na pełnienie roli gospodyni może żądać, czego tylko zapragnie…

Do diabła! O fabule nie ma się co rozpisywać – każdy wie, że to Annuszka rozlała olej, Bal się odbył, a maszynopis pozostał maszynopisem (a kto nie wie - niech przeczyta książkę).

Książka zachwyciła mnie już wtedy, w I liceum. Chętnie do niej wracam co jakiś czas, ponieważ jest jedną z tych, które można odkrywać na nowo za każdym razem. Wtedy moją uwagę przyciągnęły wyczyny świty Wolanda, teraz starałam się skupić na Piłacie. Smutna to postać – musi dokonać wyboru, a jego decyzja zawsze będzie jak ten „jesiotr drugiej świeżości” – nigdy nie będzie dobra. Jeśli skaże Jeszuę okaże się wiernym wysłannikiem Rzymu, ale zdradzi sam siebie. Jeśli wybierze zgodnie z własnym sumieniem – nie uniknie rozruchów. Jak on się stara ocalić skazańca! Próbuje mu wybić z głowy miłość do całej ludzkości – nie każdy jest dobrym człowiekiem, nie każdemu należy ufać, czasem lepiej skłamać i żyć. Jeszua jest skromny, ale uparty. Alternatywna wersja ewangelicznej opowieści o Chrystusie, dla niektórych alternatywa bluźniercza.

A tytułowi bohaterowie? Oboje szaleni.

Mistrz załamał się, nie wytrzymał krytyki. Jego najwspanialsze dzieło, historia Piłata spisana na nowo w antyreligijnej Rosji została wyśmiana, zmieszana z błotem, a samego autora oskarżano o wszystko, o co tylko było można. To, co miało być zwykłą opowieścią, zupełną fikcją literacką, bez religijnych podtekstów, władze uznały za tekst fanatycznie religijny. Zachował się tylko jeden egzemplarz.

Maszynopis przez cały czas przechowuje Małgorzata. Zna tekst na pamięć, kartki pieści tak jak pieściła Mistrza, którego utraciła. Ale czy bezpowrotnie? Bez niego jej życie straciło sens. Jeśli on nie żyje – podąży za nim w zaświaty; jeżeli jednak żyje – kiedyś do niej dołączy. Rozpacz sprawia, że gotowa jest spełnić dziwną prośbę podejrzanego typa, który może udzielić jej informacji o ukochanym. A że przy okazji będzie mogła zemścić się na wszystkich, którzy przyłożyli rękę do porażki Mistrza… 

W „Mistrzu i Małgorzacie” tragizm miesza się z komizmem. Człowiek traci głowę (tak, dosłownie),  a kocur każe sobie sprzedać bilet na tramwaj. Chciwi wcale nie cieszą się, gdy odkrywają dewizy zamiast czerwońców (racja, obecność strażników prawa nie jest w takich momentach wskazana). Okazuje się, że nieznajomość baśni szkodzi: kapryśne i zachłanne moskwianki zapragnęły darmowych pończoch i sukni z Francji to mają: nowe szaty… cesarza:P

„–Noblesse oblige – zauważył kocur i nalał Małgorzacie do smukłego kieliszka jakiegoś przejrzystego płynu.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.
Kocur poczuł się dotknięty i aż podskoczył na krześle.
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czyż ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus!”

Trzymałam raz w łapkach ocenzurowaną i odcenzurowaną wersję tej powieści – w książce zaznaczono odpowiednie fragmenty. Wtedy szybko ją odstawiłam na półkę, ale teraz trochę tego żałuję. Fajnie byłoby móc przeczytać na raz dwie wersje, zwłaszcza, że cała powieść powstawała w trudnych czasach. Bułhakow pracował nad nią ponad 12 lat. Pierwsza publikacja to rok 1928. Autor aż do śmierci przerabiał swoje dzieło, chcąc uczynić je idealnym. Tę książkę można albo pokochać, albo znienawidzić. Trzeciej drogi nie ma. Humor i tragizm w niej zawarty są doskonale zgrane, Woland to taki milutki władca ciemności. Jest bardziej prawy niż ludzie. Czyżby troszczył się o to, że w niebie niedługo przestanie przybywać nowych świętych? A może jednak jest egoistą i obawia się zalewu piekła falą głupców, chciwych robaków bez wyobraźni? Grunt, że troszczy się o tych, których wybrał:

„W ogóle niech mi będzie wolno poradzić pani, Małgorzato, niech się pani nigdy niczego nie boi. To rozsądne.”

„Mistrz i Małgorzata” zawsze jest pierwszej świeżości. Książka mocna i nieprzewidywalna – jak spirytus. Magiczna i obezwładniająca.


wtorek, 7 lutego 2012

czółenka z czekolady

Joanne Harris, „Rubinowe czółenka”
Wydawnictwo Prószyński I S - ka, Warszawa 2007 r.

       Nie mogę się pohamować – po zjedzeniu jednej kostki (zazwyczaj) sięgam po kolejne… W efekcie cała tabliczka czekolady zostanie pożarta w jedno popołudnie;) Podobnie mam, gdy w grę wchodzi kontynuacja jakiejś powieści: chcę jak najszybciej poznać dalsze losy bohaterów (i sprawdzić, czy kolejne części danej książki, za przeproszeniem, nie jadą na opinii i sukcesie swojej poprzedniczki).

       „Rubinowe czółenka”, o których chcę dziś opowiedzieć, to kontynuacja „Czekolady” (swoje achy i ochy spisałam tutaj).

„– No, Annie. Powiedz. Kto umarł?
– Moja matka – odpowiedziała. – Vianne Rocher.”
 

       Od tej wymiany zdań zaczyna się znajomość Annie z Zozie de l’Alba. Kim jest dziewczynka? To Anouk, tylko pod przybranym imieniem. Yanne Charbonneau porzuciła stare życie, zmieniła imię córki i swoje, nazwisko też znalazła nowe. Właściwie Vianne spaliła wszystkie mosty, zostawiając tylko małą, lichą kładkę. Już nie przenosi się z miejsca na miejsce, nie jest ekstrawagancką bizneswoman z córką kręcącą się pod nogami.

       Nasza czarodziejka osiadła w Paryżu, prowadzi małą, właściwie nieprosperującą kawiarenkę, w której sprzedaje zwykłe, gotowe czekoladki. Vianne ugłaskała wiatr. Tylko za jaką cenę…! Człowiek w czerni znów chciał je dopaść, po raz kolejny były zmuszone salwować się ucieczką. Na dodatek teraz Yanne musi troszczyć się nie tylko o siebie i Anouk, bo są we trzy: ona, Annie i mała Rosie. Młodsza z córek jest wyjątkowo skrytym i spokojnym dzieckiem. Nie psoci, ciągle układa jakieś wzory z zabawek i cukierków, rysuje (najchętniej małpki) i wcale nie krzyczy. Czasem tylko kwili jak kot.

       Druga z postaci, których nie było w „Czekoladzie” to wspomniana wcześniej Zozie. Ta dziewczyna o stu twarzach jest niemalże lustrzanym odbiciem Vianne, tej czasów Lansquenet i z lat jeszcze wcześniejszych. Jest roześmiana, zadbana i beztroska, wygląda niczym rajski ptak, a o magii wie naprawdę sporo. Prawie z marszu zyskała zaufanie Annie, a z czasem polubiła ją także Yanne. Ani się obejrzałam, a Zozie pracowała w chocolaterie. Co więcej: namówiła właścicielkę do przyniesienia z piwnicy garnków, rondli i foremek! Tajemnicza Zozie wyrwała Yanne z letargu, obudziła nową pasję w Annie, tchnęła nowe życie w kawiarenkę i prawie całą dzielnicę. Biznes znów zaczął się kręcić, Vianne wróciła do produkcji czekoladowych przysmaków – prawie nie wychodziła z kuchni!

       Z resztą – już niedługo będzie mogła przestać spędzać tam tyle czasu… Vianne, która postanowiła się ustatkować i zapewnić córkom spokojne życie, idzie dalej w swoich (szalonych) pomysłach: przyjęła oświadczyny Thierry’ ego, do którego należy lokal, w którym mieści się kawiarenka oraz  mieszkanie znajdujące się ponad nią.

„Thierry Le Tresset, lat pięćdziesiąt jeden. Rozwiedziony, jeden syn, przykładny katolik, człowiek opoka.”

       Czy to z nawału obowiązków, czy ze zmęczenia, a może dlatego, że Anouk dorasta, a Vianne dojrzewa – dość, że od chwili gdy w chocolaterie pojawiła się Zozie, coś zaczęło zgrzytać w kontaktach na linii matka – córka.

       Po odejściu z Lansquenet miał miejsce pewien Wypadek, który pchnął Vianne do zarzucenia czarów, nawet tych najdrobniejszych. Magiczne formuły szeptane, aby przyciągnąć klientów, odgonić złe duchy, urozmaicić sobie chłodny wieczór… zaczarowane gesty – wszystko to stało się dla Vianne elementem niepożądanym w jej nowym, statecznym życiu. Anouk miała zapomnieć, że coś takiego jak magia w ogóle istnieje. Złożyło się jednak tak, że plany Zozie i Vianne związane z Anouk są diametralnie różne. Nowa „przyjaciółka rodziny” świadomie, ale w bardzo subtelny sposób, nastawia dziewczynkę przeciwko matce.

       Zamiarem autorki było przybliżenie losów i postaci Zozie, żeby czytelnik sam mógł wyrobić sobie zdanie na jej temat. Niestety – Zozie przedwcześnie zdradza nam dużo na swój temat i bardzo wcześnie możemy się domyślać, co zamierza, jaki chce osiągnąć cel, gdy wcina się między wódkę a zakąskę.

       Tak jak w „Czekoladzie” mamy narrację prowadzoną z różnych punktów widzenia. Yanne troszczy się o córki, głowę zaprzątają jej przygotowania do ślubu. Usilnie stara się nie dopuścić do całkowitego oddalenia się Annie, zerwania łączącej je więzi. Poza tym musi się bardzo starać, by chronić Tajemnicę Rosie, ani Anouk, ani Roux – nikt poza samą matką nie zna prawdy o Rosie. Anouk w szkole ma niezłe utrapienie z prostakowatą blondyną w różowych ciuszkach i jej koleżaneczkami. W klasie traktują ją jak wyrzutka. Na domiar złego dziewczynka ma żal do matki, o to bezbarwne życie, jakie muszą wieść gdzieś w środku Montmartre …

       Dwie dorosłe kobiety z nie do końca jasną przeszłością (obie straciły swoje matki o wiele za wcześnie), dwie małe dziewczynki, a na dokładkę mężczyźni, którzy chcą tylko ich dobra. Stare porzekadło mówi, że kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Tutaj ktoś otworzył puszkę Pandory i uwolnił stare bóstwo. Hurakan zaczął siać spustoszenie w umysłach i w sercach…

       „Czekolada” miała otwarte zakończenie, mogłam samodzielnie dośpiewać sobie dalsze losy bohaterów. Jednak obietnica kolejnej tabliczki pysznej czekolady była zbyt kusząca… I teraz na usta ciśnie mi się tylko jedno określenie: wyrób czekoladopodobny. A szkoda, bo „Rubinowe czółenka” miały obiecujący początek i kilka naprawdę ciekawych momentów.

czwartek, 26 stycznia 2012

piekielny Brooklyn

Hubert Selby Jr, „Piekielny Brooklyn”
Wydawnictwo Niebieska Studnia, Warszawa 2009 r.    

                Jesienny wieczór, pięć minut do zamknięcia biblioteki. Zziajana wpadam między regały, szukam CZEGOKOLWIEK – byle sięgnąć po książkę nieznanego autora (mój ubiegłojesienny wymysł). Drapnęłam z półki pierwszą lepszą książkę, patrzę na okładkę, a tam jak byk napisano: „Powieść autora Requiem dla snu”. Opad szczeny, ślinotok, wybałuszone gały i sprint do pani bibliotekarki:
- Jest Requiem?
- Yyy… (szper – szper) nie ma. A to jest druga część?
- Nie wiem… raczej nie… ale film musiała pani widzieć.
- Nie kojarzę (musiałam mieć hiperosłupiałą minę, bo pani kontynuowała). A do czego to jest podobne?
- Hm… Trainspotting Irvine Welsh’a (tym razem pani bibliotekarka nie wie o czym mówię, więc tłumaczę dalej). U nas książkę nazwano Ślepe tory, a film miał tytuł oryginalny.
- O narkomanach?   
- Tak!
- Czytałam, książka była… Ale – ale, jeśli Requiem jest równie dobre, to proszę przyjść po nowym roku, może już nadrobimy braki.

                Taaaak…! Jak tylko uda mi się pokonać sesję, załatwić choć kilka dni wolnego w pracy to pojadę do domu (jakby w Krk bibliotek nie mieli…:P) i zapytam, czy już jest moje marzenie;)

    Tyle tytułem wstępu, pora przejść do konkretów;)

                Jeśli ktoś czytał/widział „Requiem dla snu”, lub miał styczność z „Trainspotting” albo nie gardzi literaturą podobną do „Mechanicznej pomarańczy” i „polubił” tego typu fabułę, język lub nie boi się zetknąć z okrutną rzeczywistością, nie powinien czuć się zawiedzony sięgając po „Piekielny Brooklyn”. Wręcz nie mieści mi się w głowie, jak autorowi udało się w jednej książce upchnąć taką patologiczną bombę, jak sprawił, że zapałałam wstrętem do dzielnicy, którą kojarzę tylko z piosenek – jednej o Natalii, drugiej o moście, który wcale nie jest brookliński.

               Głowa mała, żeby opisać i zrozumieć, co się tam wyprawia! A jakież doborowe towarzystwo! Lokalny gang, który wypełza od Greka tylko po to, żeby komuś dla zabawy skuć mordę; transwestyta bez przerwy jedzący benki i zapijający je ginem (dziewczynom nic innego nie przystoi); nastolatka, która za pieniądze da każdemu i wszędzie (a na koniec tak załatwi kolesia, że jeszcze portfel mu świśnie); dzieci biorące przykład z rodziców alkoholików i popaprańców; przedstawiciel zakładowych związków zawodowych, który wyżej sra niż d*** ma… 

                Oj, ciężka to była książka, ciężka… Odetchnęłam z ulgą, gdy dotarłam do końca. Nie, nie dlatego, że jest źle napisana, że odrzuca mnie od literatury szorstkiej, dosłownej. Najgorsze było to, że z każdą stroną moje poczucie człowieczeństwa, moja wiara w człowieka podupadały coraz bardziej. Co rozdział, co historia czekałam na jakiś pozytywny aspekt, na pomyślne zakończenie. Przez cały czas mówiłam sobie: przecież los się musi odmienić, przecież to są ludzie, a nie zwierzęta, niech ktoś przemówi im do rozumu! Niech ktoś poruszy w nich sumienie!

                Nic z tego. Banda zwyrodnialców nie kieruje się rozumem, tylko instynktem. Nikt z nich nie ma sumienia. Na nic prośby i groźby. Zupełne zezwierzęcenie. Złość przerodziła się w frustrację, a ta z kolei w dziki amok. Ludzka cielesność została obdarta z szacunku, odmienność seksualną zastąpiła brudna dewiacja. W tej książce nie ma odrobiny ciepła.

                W Brooklynie króluje przemoc, narkotyki i prostytucja. Jeśli rażą Cię wulgaryzmy – nie zabieraj się za tę książkę. Bo wulgaryzmy w niej to nic, w porównaniu z opisem scen bicia, stosunków seksualnych, burd „rodzinnych”.

               Każda z części tej książki przedstawia z bliska jedną historię, jedno ludzkie życie, które zdaje się nie mieć żadnej wartości. Czytając o przejściach Tralali oraz o tym, co działo się z Georgette, tamtejszą ciotą – transwestytą zakochaną po uszy w Vinniem, przywódcy lokalnej szajki (który w głębokim poważaniu ma i ją, i własną rodzinę)  nóż mi się w kieszeni otwierał, zagryzałam zęby ze złości i bezsilności. Te dwie historie zrobiły na mnie największe wrażenie. Coś w nich jest, że czytelnik chce wierzyć w to, że koło fortuny obróci się i obie jednak wygrają życie, spełnią marzenia i odnajdą szczęście.

               Christianne F. walczyła z szarym, betonowym i zimnym Berlinem. Na swój głupi i szczeniacki sposób próbowała go pokolorować kredkami ze strzykawki. W Brooklynie nikt nawet nie próbuje szukać kolorów, ludzie codziennie karmią się tą samą papką w kolorze zakrzepłej krwi, gdzieś w oparach fekaliów. Jeśli istnieje piekło na ziemi, to właśnie w takich miejscach.

               Uwielbiam książki, których autorzy za nic mają zasady gramatyki i interpunkcji. Czuję się wtedy, jakbym nie czytała, a słuchała ludzkich wypowiedzi. Niby mówi ta sama osoba, ale jest to tak chaotyczne, tak skondensowane, a jednocześnie tak bardzo wielowątkowe, że można odnieść wrażenie zlepienia wypowiedzi kilku osób.

    „Hubert Selby Jr urodził się i wychował na Brooklynie - w miejscu, które jest jednym z głównych 'bohaterów' jego utworów. Był wrażliwym, ale zbuntowanym chłopakiem, prowadził chuligański tryb życia. Jako piętnastolatek porzucił szkołę, sfałszował dokumenty tożsamości i zaokrętował się na statku handlowym. W 1947 roku, kiedy zawinął do niemieckiego portu w Bremie, stwierdzono u niego zaawansowaną gruźlicę i nie dając prawie żadnych szans na przeżycie, odesłano z powrotem do Ameryki. Tam trafił do izolatki dla umierających pacjentów. Po dziesięciu latach walki z chorobą, podczas której w wyniku licznych operacji usunięto mu jedenaście żeber i część płuca (drugie całkowicie mu się zapadło), wrócił do domu, by umrzeć. Nie poddał się jednak chorobie i walczył z nią aż do śmierci w wieku 75 lat. Z powodu złego stanu zdrowia, słabej kondycji fizycznej i braku wykształcenia trudno mu było znaleźć pracę. Na domiar złego przedłużające się kuracje doprowadziły do uzależnienia od leków, a także od narkotyków(…).”
              
               Myślę, że taki fragment posłowia napisanego przez Macieja Potulnego wystarczy, stwierdzić, czy książki Huberta Selby'ego Jra będą dla nas materiałem odpowiednim do lektury w zimne wieczory, czy też lepiej, dla spokoju własnej duszy, po nie nie sięgać.

              Co kilka lat trafiam na tego typu książki, za każdym razem muszę zbierać swoje poczucie bezpieczeństwa z asfaltu. Zawsze potem muszę szukać pocieszenia – jakiegoś dowodu na to, że na świecie jest miejsce nie tylko na pogardę, kpiny, nienawiść, obłudę wstręt i obelgi.

             Mam nadzieję, że uda mi się przeczytać nie tylko upragnione Requiem, ale wszystko co wyszło spod ręki tego autora. A może ktoś wie, od czego zależy, czy dana książka na naszym rodzimym rynku zostanie wydana lub nie? Bo, co jak co, ale 45 lat poślizgu w przypadku tej książki to całkiem sporo:P Liczę na to, że Niebieska Studnia pomoże polskim czytelnikom poznać bliżej tego autora.

ciastko? karmel? czekolada!

Joanne Harris, „Czekolada”
Wydawnictwo Prószyński i S - ka, Warszawa 2001 r.

          Czy jest ktoś, kto nie widział „Czekolady” z boskim Johnym D.?;) Myślę, że nie;) Film jest przepyszny – nie tylko dzięki aktorskim talentom. Czekolada leje się w nim strumieniami, wszędzie jej pełno! Tu pralinka, tam parujący kubek, a w tle trufle, pralinki, rondle z magicznym napojem… Ślinka mi cieknie na samą myśl o tych pysznościach.

               Do książki podchodziłam z rezerwą – myślałam, że trafię na banalną książkę dla kobiet, że czekolady będzie w niej jak na lekarstwo. Pomyliłam się, na szczęście:) Magia smaku i aromatu, które wprost emanują ze stron książki były nie do przezwyciężenia. W życiu nie pochłonęłam tyle kostek czekolady (i orzechów;P), co przy tej książce. po raz pierwszy w życiu tak się zaczytałam, że przegapiłam swój przystanek. O tym, że czas przy lekturze dobrej książki pędzi niemiłosiernie miałam okazję przekonać się nie raz i nie dwa, ale tym razem… po raz pierwszy w życiu tak się zaczytałam, że przegapiłam swój przystanek;)

„Karnawałowa parada się skończyła. Raz w roku ta wieś jaśnieje przelotnym blaskiem, ale teraz ciepło zmieniło się w chłód, ludzie się rozchodzą. Przekupnie pakują swoje markizy i gorące półmiski, dzieci wyrzucają papierowe stroje i ozdoby. Przeważa nastrój zakłopotania, zawstydzenia po nadmiarze hałasu i kolorów. Podobnie latem ustaje deszcz, wsiąka poprzez spieczone kamienie w spękaną ziemię, prawie nie zostawiając śladu. W dwie godziny później Lansquenet-sous-Tannes jest znowu niewidoczne jak zaczarowana wioska, która ukazuje się tylko raz na rok. A co do tej parady, jest tak, jakbyśmy wcale jej nie oglądały.”

               Ludzie, choćbym nie wiem jak stateczni i pewni, że nic lepszego ich spotkać nie może, ludzie szczęśliwi, oddani pracy, osoby zastraszone i potulne niczym myszy, dewoci i włóczędzy, dzieci, starzy – wszyscy oni żyją w maleńkim Lansquenet – sous – Tannes. Mieścina, rządzona przez księdza o zbyt wysokich aspiracjach, w Środę Popielcową przyjęła w swoje objęcia dwie nowe osoby. Hm, „przyjęła” to jednak za duże słowo. Jeszcze raz:
            
               Mieścina, rządzona przez księdza o zbyt wysokich aspiracjach, w Środę Popielcową zyskała dwie nowe mieszkanki. Vianne i Anouk Rocher wprowadzają się do mieszkania po piekarzu, remontują piekarnię.  Póki mieszkańcy miasteczka myśleli, że znów będą mieć własną piekarnię – póty nikt nie szukał zwady. A tu taki klops! Podczas gdy Wielki Post trwa w najlepsze, matka z córką otwierają chocolaterie. Nęcą sąsiadów słodkim zapachem, wodzą na pokuszenie dzieci i dorosłych. Zachęcają do zwierzeń, zawiązują znajomości, próbują wyręczyć Boga w rozwiązywaniu małżeńskich problemów, leczą i przyprawiają niemal o ból zęba. Przy drzwiach zaczarowany woreczek – żeby odgonić zło, za plecami magiczne gesty, odrobina czarów dosypana do filiżanki kawy z gałką muszkatołową. I młoda w właścicielka, która w przedziwny sposób zawsze wie, jakie słodycze będą smakowały każdemu z jej gości i klientów. Wszystko to pod czujnym okiem tamtejszego proboszcza. Ależ on się piekli! Jakże to? Jego wierni parafianie zamiast pościć po mszy niedzielnej pędzą po pralinki i pomadki do tej bezbożnicy! Już on sprowadzi zbłąkane owieczki na właściwą drogę!

               Oj Vianne, narobiłaś sobie wrogów… Do kościoła nie chodzisz, mącisz w głowie potulnej mężatce, dzieci tuczysz, trzymasz ze starą wariatką, matce dziecko buntujesz, własnego do Boga nie dopuszczasz i jeszcze Cyganów popierasz…! Trzeba to skończyć!

               Znów coś poszło nie tak? Nie płacz Vianne, spójrz w karty. Pamiętasz jak robiła to twoja matka? Och, przestań, nic złego się nie stanie. Karta Śmierci? Powinnaś się cieszyć, przecież symbolizuje zmianę. Mówisz, że już nie chcesz uciekać, że nie chcesz być jak twoja matka? A pamiętasz, przed czym chciała cię chronić? Tak, właśnie, przed człowiekiem w czerni. Więc co zamierzasz? Odejdziesz stąd i zafundujesz swojej córce takie samo piekło jak to, przez które przeprowadziła cię twoja mama? O, widzę, że zrozumiałaś. Zostaniesz i będziesz walczyć, tak? Nie pozwolisz, by wiatr znów porwał was w nieznane? Dzielna kobieta.

               Pojawienie się samotnej matki, jej próby rozkręcenia w czasie Postu grzesznej kawiarenki La Céleste Praline to nic, w porównaniu z zamieszaniem, jakie wdarło się do Lansquenet z dniem przypłynięcia wodniaków. Armande Voizin (wspomniana „stara wariatka”), na złość zdewociałej córce i zięciowi łasemu na jej „majątek”, Cyganów czynnie wspiera, zaopatruje w żywność i wszelkie materiały, jakich potrzebują żeby podreperować łodzie. Razem z główną bohaterką trzymają sztamę, stawiają czynny opór złośliwej propagandzie księżulka Reynaud’a i jego świty. Zapraszają Roux i jego kompanów do swoich domów, proponują pracę. Szkoda tylko, że ich wysiłki nie na wiele się zdają. Drzwi sklepów, bary i kawiarnie nie chcą takich klientów.

               Vianne, popatrz! Pantoufle blednie. Myślisz, że Anouk znalazła tu przyjaciół i ten zmyślony wie, że już nie będzie go potrzebowała? Vianne, co zrobisz, gdy wiatr znów zmieni kierunek?

„Za oknem świt migocze daleko na szarzejącym horyzoncie. Mocno trzymam córkę, która zasypiając, łaskocze mnie kędziorami w policzek. Czy właśnie tego moja matka się lękała? - zastanawiam się, przysłuchując ptakom: pojedynczym kra kra z początku, potem całym chórom. - Czy od tego uciekała? Nie przed śmiercią, tylko od tysięcy maleńkich skrzyżowań jej życia z życiem innych, od zerwanych związków, od ogniw będących ogniwami wbrew samym sobie, od obowiązków? Czy przez tamte wszystkie lata uciekałyśmy od naszych miłości, przyjaciół, przypadkowych słów wypowiedzianych w przejściu, słów, które mogą zmienić kurs całego życia.”

               Duchy, czary, ludzie źli, ludzie dobrzy. Słodkie croissanty, gorycz kuwertury, cynamon, cukier i gałka muszkatołowa. Wiatr zapustów, szary i smutny post, wiara, herezje, miłość, nienawiść. Tarot, Śmierć i Kochankowie.

               Tabliczka czekolady kusi obietnicą słodyczy. „Czekolada” Joanne Harris karmi czytelnika słodyczą zabarwioną nutą goryczy. Losy Vianne i Anouk zależą od kapryśnego wiatru. Co wygra: dobro czy zło? Jeśli chcesz się tego dowiedzieć – przeczytaj koniecznie!

czwartek, 22 grudnia 2011

złośliwość (rzeczy) martwych

Joe Hill, „Pudełko w kształcie serca”
Wydawnictwo Prószyński i S – ka, Warszawa 2007

Zdarza mi się, że wybieram książki ze względu na okładkę. Z tą było podobnie, choć gdy zobaczyłam słitaśne serduszka, w które wpisano numery rozdziałów, chciałam ją odstawić na półkę (o ile kartonowy stojak można tak nazwać). Okładka „Pudełka w kształcie serca” – dosłownie – hipnotyzuje: dwa wilki (później okazało się, że to nie wilki, tylko wilczury:P), jarzący się wisiorek i upiorna facjata (moje pierwsze skojarzenie: jak się patrzy w słonko, to się robią krechy na oczach:P). Z tyłu książki jest fotografia brodacza nonszalancko opartego o ścianę. „Co mi tam, biorę!” – jak pomyślałam, tak zrobiłam. Dodam jeszcze, że nie znałam innych książek tego autora i nie miałam pojęcia, czyim jest synem (a tatuś się chłopakowi udał>:-]).

Po uchyleniu wieka z Pudełka wyskoczył podstarzały muzyk rockowy, Jude Coyne. Facet, jak na muzyka przystało, jest nieźle zakręcony. „Dziwny” to za słabe słowo, „ekscentryczny” brzmi lepiej, choć i to może nie wystarczyć.

Jude jest kolekcjonerem. Dziewczyny zmienia jak rękawiczki, nie pamięta ich imion, ale śmiało może powiedzieć, że w swoim życiu był posiadaczem praktycznie każdego ze Stanów wchodzących w skład USA. Nie w sensie dosłownym, oczywiście:P On po prostu każdą ze swoich dziewczyn nazywał tak jak Stan, którego pochodziła.

Po rozpadzie zespołu, w którym grał, zabrał się za karierę solową. Na kontach bankowych gromadzi więc kolejne zielone, czasem trafi się jakaś nagroda.

Mówisz, że w takim razie żaden z niego kolekcjoner? A co powiesz na to?
-     Czaszka człowieka poddanego trepanacji (wiek XVI; nie zgadniesz, co w niej trzymał…)
-     stryczek (używany)
-     trzystuletnie wyznanie podpisane przez czarownicę
-     snuff movie…
Niczym kolekcja Sandora Vessanyi przeistoczonego w wampa. Brr…!

„Rzadko coś kupował. Kiedy jednak Danny Wooten, jego osobisty asystent, powiedział mu, że w Internecie można kupić ducha, i spytał, czy ma to zrobić, Jude nawet się nie zastanawiał. Zupełnie jakby wybrał się do knajpy, usłyszał, jaki jest specjał dnia, i zadecydował, że ma na niego ochotę, nie zaglądając nawet do karty. Niektóre odruchy nie wymagały zastanowienia.”*

Jeśli nie wystarczy nam samo uchylenie wieka czarnego pudła w kształcie serca i odrzucimy je pożerani ciekawością tego, co w nim siedzi… zostaniemy wciągnięci w wir zaskakujących i mrożących krew w żyłach wydarzeń.

W przypadku fabuły tej książki powiedzenie „złośliwość rzeczy martwych” nabiera nowego znaczenia. Ową rzeczą jest garnitur, do którego właściciel był ponoć tak przywiązany, że nawet po śmierci nie chce go zostawić. Garnitur jest staromodny, śmierdzi zgnilizną, niewiadomo jak, ale sam wyłazi z diabelskiego pudełka i wałęsa się po rezydencji gwiazdora. Złośliwa kupa łachów to jednak nic w porównaniu z duchem zmarłego właściciela gałgana. Duch ubzdurał sobie, że Jude już teraz, za życia, będzie pokutował za wszystkie popełnione grzechy.

Upiór zadbał, żeby się czytelnik nie nudził tylko w towarzystwie dwóch posiadaczy jednego garnituru. Zatroszczył się także o to, by bohaterowie poboczni (którzy mieli kontakt z Jude’m, duchem czy choćby garniturem) nie zaprzątali czytelnikowi głowy zbyt długo oraz żeby żadna śmierć opisana w książce nie była banalna (hm, szkoda, że nie dołączył do książki choć jednej torebki papierowej…). Poza tym – skoro maszkara nie żyje, nie dotyczy jej ograniczenie czasowe, więc początkowo nie spieszy się z uśmierceniem głównego bohatera i Georgii, jego obecnej dziewczyny. Szala zwycięstwa przechyla się raz w jedną, raz w drugą stronę i nie można być niczego pewnym.

Im bliżej dna pudełka jest nasza ciekawska dłoń, tym wyraźniej widać, że irytacja ducha wzmaga się z każdym niepowodzeniem, a tym samym rośnie jego gniew i żądza zemsty, źródło siły. Craddock i Coyne nie bawią się w kotka i myszkę, obaj stają się myśliwymi i polują na siebie nawzajem. Akcja powieści rozkręca się błyskawicznie, napięcie narasta, nie ma więc mowy o nudzie i tylko ilość stron dzielących nas od końca książki mówi nam, że to jeszcze nie wszystko… W czasie, gdy nie uciekamy przed świeżo upieczonym demonem, grzebiemy w przeszłości Jude’a. Wywlekamy na światło dzienne wspomnienia lepsze i gorsze, inne potwory, o których istnieniu nie miał pojęcia, a które miały wpływ na jego otoczenie i na niego samego. To co znajdujemy, może przerosnąć nasze najśmielsze oczekiwania…

„– Zimny i suchy front przesuwa się na południe – powiedział spiker. – Martwi ściągają żywych w dół. W dół i w chłód. Do dziury, w dół. Umrz…
Jude zgasił radio w tej chwili i zaraz znowu je włączył, by znów usłyszeć głos, domyślić się, o co chodziło spikerowi czytającemu prognozę pogody.
Tyle że on już skończył i do mikrofonu powrócił didżej.
– …odmrozi nam tyłki, ale Kurt Cobain grzeje się w piekle. Jazda.”**

Ta książka to nie tylko kawał dobrej akcji i niezła porcja niepewności, ale także niezła płytoteka: Ozzy Osbourne (pracownik UPS do naszego gwiazdora powiedział: „Ozzy Osbourne hoduje szpicle pomeraniany – rzekł. – Widziałem je w telewizji, urocze pieski, potulne jak koty. Myślał pan kiedyś, żeby kupić sobie takie?”***), Kurt Cobain, John Lenonn, Led Zeppelin i masa innych, miód.

To NIE JEST książka, która pomoże nam podtrzymać nastrój Świąt (chyba że jest się fanem gremlinów czy innych około choinkowych zabijaków).

To NIE JEST książka dla osób o słabych nerwach, ani dla tych, które liczą na to, że stary rockman porzuci dotychczasowy styl bycia i grania albo że dostaniemy słodziutki hepiend.

U Hilla głosy z zaświatów przyprawiają o dreszcze, a krew jest tak bardzo szkarłatna…



*Hill J., „Pudełko w kształcie serca”, str. 11 – 12
** Hill J., „Pudełko…”, str. 25
*** Hill J., „Pudełko…”, str. 17