poniedziałek, 23 kwietnia 2012

ignorancja?

szalenie pesymistyczne, zwłaszcza biorąc pod uwagę dzisiejsze Święto:
mimo wszystko - wszystkiego drukowanego!:)

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Filozofia odwlekania

Robert Menasse, „Błogosławione czasy, kruchy świat”
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2002 r.

            2,99 zł. Tyle dałam za książkę, którą czytałam ponad dwa tygodnie. I tylko w środkach komunikacji miejskiej (jakoś nie pasowała mi na lekturę do poduszki:P). Czy było warto? Sama nie wiem.

Judith i Leo – dwoje ludzi zależnych od siebie nawzajem. Tak przynajmniej myśli Leo. On pisze pracę doktorską o filozofii Hegla, dziewczynę traktuje jak swoja muzę. Tylko… do czego Judith potrzebuje Lea? Nie jest jej mentorem, bywa, że sama jego obecność ją drażni. Jako kochankowie też się nie dopasowali. Ona jest pełna życia i nie wierzy, że świat można wyjaśnić za pomocą jednej książki; uwielbia palić w łóżku. On Hegla uczynił swoim bożkiem, a jej nawyków i nałogów nie toleruje. Poznali się w Wiedniu, choć przez lata mieszkali w Sao Paulo nie wiedząc o swoim istnieniu. Ich rodziny opuściły Austrię uciekając przed hitlerowcami. Właściwie – tych dwoje łączy tylko żydowskie pochodzenie i wspomnienia z Sao Paulo.

            Judith to silna, świadoma własnej historii i implikacjami, które z niej płyną kobieta. Jest młoda, niezależna. Nie ma ściśle określonego celu w życiu. Wie tylko, że sen, te chwile, gdy traci świadomość otaczającego świata, to namiastka śmierci. Z obawy przed naciągającym końcem prawie wcale nie sypia. Nie jest ślepa jak Leo – wie, czym mogą skończyć się antyżydowskie wystąpienia jednego z profesorów wiedeńskiej uczelni wyższej. Nie boi się pójść na publiczną manifestację w obronie swoich praw i racji. Nie pozwala sobie na trwanie w bezruchu.

„Była to stara samba, jedna z ulubionych płyt Judith, którą teraz puściła w domu, kiedy już nalała sobie kieliszek wódki i zapaliła papierosa. Nawet gdy była bardzo zmęczona, nie mogła od razu iść do łóżka, zawsze musiała pozwolić ulecieć ostatnim wrażeniom i myślom albo je spłukać, poczekać aż stanie się zupełnie pusta i znowu niewinna, niczym ekran kinowy po skończeniu filmu, gdy już zniknie ostatni z końcowych napisów i wyłączą projektor; dopiero wtedy mogła zamknąć oczy.”

            Leo wierzy, że może zbawić świat. Myśli, że jego dzieło jest nośnikiem rewolucji. Nudzi go malarstwo, nie rozumie sztuki, złości nikotynowy nałóg Judith, i to, że dziewczyna w towarzystwie nie zwraca na niego uwagi. Co więcej: uzurpuje sobie prawo do zagadywania JEGO słuchaczy, odciąga uwagę JEGO uczniów od filozofii końca czasów. Zupełnie tak, jakby nie chciała by JEGO DZIEŁO omawiane i kontemplowane; czasem wydaje mu się, że towarzyszka wcale mu nie kibicuje, tylko, przeciwnie, krytykuje każde jego posunięcie, każde słowo. A przecież uczynił ją swoją muzą! Są jak ogień i woda.

„Myśli nie bolały. To, że bolała go głowa, było czystym przypadkiem. Wódka. Pożądanie Judith. Jak banalna jest żądza. Pożądanie alkoholu i nikotyny przez Judith. Banalne. Powoduje ból. To samo życie. Czysty przypadek. Życie jest niczym, dzieło jest wszystkim, życie jest zwykłym przypadkiem, a dzieło koniecznością samą w sobie.”

            Chyba każdy potrzebuje odpowiedniego nastroju i warunków żeby się skupić. Czasem sprzątanie mieszkania to wstęp do pracy – oczyszczając atmosferę, zaprowadzając ład w otoczeniu staramy się przygotować do konkretniejszych działań. Bywa jednak i tak, że tego typu czynności wykonujemy tylko by odwlec w czasie to, co i tak zrobić musimy. Taka trochę sztuka dla sztuki, bez głębszego sensu. Postępowanie Lea należy do tej drugiej grupy. Ile to razy sam przed sobą się usprawiedliwiał – to mu zapach powietrza przeszkadza, to zwala całą winę na ciasnotę, światło, meble, zawalone sprawy, które były „na wczoraj”… wszystko mu przeszkadza! Czasem myśli o matce, której chłód i wyniosłość traktuje jak główne źródło swoich porażek lub o ojcu, który nie potrafił stanowczo sprzeciwić się żonie, ale był pewien, że ich syn musi studiować, a oni powinni dołożyć starać, by mu to umożliwić (przynajmniej do czasu ukończenia dysertacji). Na nieszczęście Lea poczciwy tatuś zmarł przedwcześnie, nie zostawiając żadnych pieniędzy na jego dalszą pracę naukową. Dodatkowo sprawę skomplikowały niedomknięte interesy pana Singera w Sao Paulo. Leo znienawidził matkę, która zmusiła go do wyjazdu i, tym samym, przeszkodziła w tworzeniu dzieła wszech czasów.

            Patrząc na sprawę z filozoficznego punktu widzenia: co się odwlecze, to nie uciecze. Wszystko to, czego nie zrobiliśmy czy nie powiedzieliśmy dopadnie nas (prędzej czy później, ale jednak). Leo postanowił, że będzie pisać dalej, mając za przewodnika tylko jedną książkę Hegla.

            „Błogosławione czasy…” to filozoficzna rozprawa o odwlekaniu, zostawianiu wszystkiego na później. Leo ciągle mówi o swojej nieistniejącej książce, uskarża się na całą masę przeciwności losu, ale nie zauważa, że powinien przejść od słów do czynów. Nie jest świadomy, że źródło jego niepowodzeń tkwi w nim samym. Wielokrotnie odtrąca (wiecznie czymś zajętą) Judith po to, by do niej wracać. Z nią mu źle, bez niej też nie lepiej. 

            Na przestrzeni lat staje się bardziej zgorzchniały i coraz bardziej zapatrzony w siebie. Pragnie mieć u stóp cały świat, a nie potrafi zapanować nad własnym czasem i poradzić sobie z najprostszymi sprawami. Jak dla mnie Leo to człowiek zupełnie pozbawiony zalet, pusty w środku i ślepo wpatrzony we własne odbicie w lustrze, jakby to tam, a nie tu była rzeczywistość (swoją drogą, o lustrze, jego symbolice i interpretacji można się w „Błogosławionych czasach…” naczytać do bólu). Wszystkie aluzje i docinki Judith zbywa warknięciem, nawet nie zastanawia się, czy dziewczyna nie ma racji.

            Czy Judith go kocha? Nie wydaje mi się. Może na początku ich znajomości coś w niej kiełkowało, jednak ziarno nie padło na podatny grunt. Za to on jest przekonany, że tylko ją kocha. Dziewczyna jest zupełnie pewna, że wie, dlaczego dysertacja cały czas jest w powijakach: Leo nie pisze, bo się do tego nie nadaje. Jest zbyt słaby, żeby przelać własne teorie na papier.

„Absolutne uczucie czyni człowieka niemym, podobnie jak absolutna nicość: śmierć. Bezgraniczne szczęście i bezgraniczny ból nie dadzą się w żaden sposób opisać. (…) Judith była o tym przekonana. Dlatego mogła jeszcze tylko czytać literaturę mówiącą o klęsce, a nie o spełnieniu.”

            Tę książkę czytało mi się żmudnie do czasu, aż się nie przyzwyczaiłam specyficznego stylu i języka, jakim została napisana. Po pierwsze: przygniotły mnie filozoficzne wywody, po drugie – właśnie z powodu formy. Nie jest to zwyczajna powieść z podziałem na rozdziały i jasno zaznaczonymi dialogami. Wszystko to płynie niczym niekończący się monolog, z okazjonalnym dopuszczeniem do głosu drugiej osoby. Książka jest pełna bardzo długich, złożonych zdań, co nie ułatwiało jej ratalnego czytania i automatycznego zrozumienia bez skupienia całej uwagi na tekście. Poza tym – nie było w niej wydzielonych granic między zwyczajnym biegiem życia, a wydarzeniami przełomowymi. Tylko czy w życiu głównego bohatera były jakieś wydarzenia, które nim wyraźnie i na długo wstrząsnęły? I tu dochodzimy do sedna: wszystkie piękne słowa, zabiegi językowe, jakich użył autor sprowadzają się do pokazania istoty jednej z prawd znanych ludzkości od wieków. Marne, puste, przegadane życie jest monotonne i nawet to, co dla innych jest istotnym faktem, dla osoby niezaangażowanej w życie, będącej samej sobie bogiem, nie ma większego znaczenia.
Skupianie się na tym, co nieosiągalne bez nakładu wytężonej pracy prowadzi tylko do większej frustracji. Gdzie tu czas na miłość, przyjaźń, przyjemności? Nie szanując własnego czasu, tkwiąc w stagnacji, możemy przegapić życie.

piątek, 16 marca 2012

Wiktoriański Kopciuszek

Charlotte Brontë, „Dziwne losy Jane Eyre”
Wydawnictwo Prószyński i S – ka, Warszawa 2002 r.

W Gateshead Hall
żyje Kopciuszek. Tak naprawdę ma na imię Jane. Jej kontakty z wujenką i kuzynostwem ograniczają się w zasadzie do: przynieś, podaj, pozamiataj, nie dotykaj!
Jane mieszka u wujenki od dawna. Na łożu śmierci, w czerwonym pokoju (jednym z późniejszych więzień Jane), wuj dziewczynki zobowiązał swoją ślubną do opieki nad dziewczynką. Miała ją traktować na równi z ich dziećmi. Co prawda – przysięga złożona pod przymusem jest nieważna, ale zwykła przyzwoitość nakazuje, by zapewnić dziecku godziwy byt. Im Jane była starsza (i wygadana, żeby nie powiedzieć pyskata), tym większym stawała się popychadłem. Jest sierotą, nie odziedziczyła żadnego majątku, więc jej miejsce jest przy służbie! Żeby nie było zbyt nudno, żeby nie tworzyć kolejnej wersji Kopciuszka autorka stworzyła małą damę, ale z buntowniczą duszą. Mimo swojego młodziutkiego wieku Jane wie, że bez pieniędzy nie ma co liczyć na szczęśliwą przyszłość u boku zamożnego męża. Wie również, że utracona pozycja społeczna nie może sprawić, że ludzie będą nią gardzić. Z biegiem lat pazurki pokazuje coraz częściej i nie pozwala na pomiatanie swoją osobą. To zleje „kochanego” kuzyna, to powie mu do słuchu. Innym razem „podkradnie” z domowej biblioteczki książkę z obrazkami – przecież coś o świecie wiedzieć musi. Przemądrzała z niej smarkula, która uwielbia doprowadzać ciotkę do szału – przynajmniej tak twierdzi owa ciotka. Tak naprawdę 10 lat w Gateshead Hall to piekło dla dziewczynki, która psoci nie ze złości, tylko z potrzeby bycia zauważoną i kochaną.

Lowood
nie jest dla bohaterki szczytem marzeń o wolności, ale lepsze takie zesłanie, niż dalsze duszenie się w murach ciotczynej posiadłości.
            Sztywne, szare, o wiele za cienkie sukienki, małe i wiecznie przypalone porcje owsianki, zimne sale do nauki i wychłodzone sypialnie, niemal więzienna dyscyplina. Przerost formy nad treścią. Szkoła z internatem, do której ciotka wysłała dziewczynkę to raczej chrześcijańska kolonia karna, a nie miejsce nauki dla dziewcząt z biednych rodzin. Tak przynajmniej zdaje się widzieć to miejsce większość wychowanek placówki. Tylko jedne są za głupie, a inne za mądre, by skarżyć się na swój los.
            Dla Jane pobyt w Lowood to 6 lat codziennej walki o siebie samą, konieczność każdorazowego udowadniania własnej wartości – przed otoczeniem i sumieniem. Przez te lata codziennie marzyła o lepszym jutrze, wkładają całe serce w naukę – byle tylko podnieść własne kwalifikacje, by móc stamtąd odejść jako kobieta wykształcona, niezależna od nikogo. W Lowood zaprzyjaźnia się z Helenką, uczy się miłości do Boga i człowieka. To tam płacze po stracie bratniej duszy.
            Dzięki pannie Temple, wzorowi cnót wszelakich, Jane decyduje się na pozostanie w Lowood jeszcze przez jakiś czas. Przyjmuje posadę nauczycielki, ale to też nie daje jej pełnej satysfakcji.

Thornfield Hall
to spora posiadłość oddalona od siedlisk ludzkich, z wieloma niewykorzystanymi komnatami i nowe mieszkanie Jane. Trafia tam jako guwernantka małej, szczebiotliwej Francuzeczki. Adelka staje się oczkiem w głowie Jane, która za punkt honoru postawiła sobie odpowiednie wyedukowanie dziewczynki i wpojenie właściwych damie manier. Oczywiście, każdy dom musi mieć właściciela – ten należy do Edwarda Rochestera, człowieka z trochę tajemniczą przeszłością. Honor i dobre wychowanie nie pozwalają Jane spoufalać się z panem domu (ani myszkować po Thornfield), co z kolei stanowi dla Rochestera wystarczającą zachętę do zwiększania wysiłków, by rozkochać w sobie młodziutką jeszcze Jane.
            Tytułowa bohaterka jest bezustannie przez coś krępowana. Najpierw wujenka i jej paskudne dzieci odmawiają jej godnego życia.  W szkole musi pielęgnować swoją wiarę – nie tylko w Boga (jak każda dobrze wychowana kobieta tamtej epoki), ale też we własne możliwości. Jako guwernantka musi poskromić swoje emancypacyjne zapędy, na rzecz dobra Adelki i własnych planów na przyszłość. Zachowanie chlebodawcy nie ułatwia jej zadania.
            Co prawda dziewczyna dała się usidlić miłości, ale wrodzona duma, takt i chrześcijańskie wychowanie nie pozwalają jej pławić się w szczęściu kosztem czyjejś krzywdy i plamy na własnym honorze.

Żywot kobiety wyzwolonej
teoretycznie. Jane zna tylko jeden sposób, by rozprawić się z problemami: zmiana miejsca zamieszkania. Jasne, zmiana klimatu chorowitemu człowiekowi może przynieść ulgę, jednak nie powinno się wtedy przenosić w okolice piekła, a właśnie taki los (po raz kolejny) przypadł tej kobiecie w udziale. Niby wszystko ładnie – pięknie, ma pracę, praktycznie sama prowadzi wiejską szkołę, realizuje swoje marzenia, ale. Musiała trafić na kolejnego amanta. Poprzedni chciał dzięki niej odżyć, przepędzić duchy przeszłości, nie bacząc na jej pragnienia. Ten nowy, zapalony misjonarz, potrzebuje prywatnej praczki i kucharki, a nie żony, która będzie mu dorównywać pod względem intelektu.

Pięć.
Tyle razy Jane odchodzi z miejsc, w których pętla zaciska się wokół jej szyi. Z prądem płyną tylko zdechłe ryby, a ona żyje i wie, czego chce od życia, więc nie poddaje się rzece.

Warstwa romantyczna
jest zwyczajna – on ją kocha, ona jego, życie płata im figle, podstawy uczucia chwieją się jak domek z kart, zaprawę murarską pozbawiono jednego składnika. Nie będę się nad tym wątkiem rozwodzić (nie dziś:P), bo każdy wie, jak się losy Jane i Edwarda potoczyły.

Nie ma róży bez kolców
Po książkę sięgnęłam nie dla romansu, ani też nie szukałam przeciwwagi dla Emmy czy Pani Dalloway. Jedyny powód to Wichrowe Wzgórza. Byłam zwyczajnie ciekawa, jak bardzo różnią się książki dwóch sióstr. Spór chwilowo pozostał nierozstrzygnięty, ponieważ… zatęskniłam za tą drugą książką. Wygląda na to, że tamtejsze duchy bardziej przyciągają moją uwagę, niż chichot dobiegający gdzieś z górnych pięter Thornfield Hall. Zbyt racjonalnie wytłumaczono te zjawiska, które stanowiły ostry cierń w historii posiadłości, a róża kolce mieć powinna jak najdłużej.

Wątek autobiograficzny
(o którym dowiedziałam się już po przeczytaniu „Dziwnych losów Jane Eyre”) jest dla mnie, na chwilę obecną, jedynym powodem, żeby znów sięgnąć po tą książkę. Co jednocześnie nie oznacza, że prefeministyczne hasła i pragnienie bycia równą mężczyźnie nie są ważnym wątkiem powieści.
W tej książce mamy wszystkiego po trochu: miłość, cierpienie, tłumiona kobiecość, aspekt nierówności społecznych (Jane, mimo kompletnego braku funduszy wydaje się odczuwać pewnego rodzaju przewagę nad ludźmi niższego stanu, co trochę mnie złościło), feminizm, mroczne tajemnice. Tak, lubię literaturę kobiecą w takim wydaniu.

sobota, 25 lutego 2012

Rękopisy nie płoną

Michaił Bułhakow, „Mistrz i Małgorzata”
Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1994 r.

Są książki, do których trzeba dorosnąć, żeby zrozumieć. Są też takie, które można czytać po sto razy i za każdym razem odkrywać coś nowego. Niestety – te, które przeczytamy w niewłaściwym czasie mogą nas zrazić do siebie już na zawsze.

Pół mojej klasy nie przeczytało „Procesu”, prawie nikt nie dobrnął do końca „Jądra ciemności”, a rozwiązaniem zagadki z „Imienia Róży” w ich imieniu zajął się Sean Connery. Wielu „Mistrza i Małgorzatę” zna tylko ze ściąg czy innych „pomocy naukowych”. Trochę wstyd – przecież byliśmy na humanie. Ale z drugiej strony, nie byliśmy na te książki gotowi, ponieważ nasza zakręcona polonistka skakała z epoki w epokę. I w ten oto sposób wszystkie wymienione przeze mnie tytuły czytaliśmy brodząc gdzieś w odmętach starożytności lub średniowiecza. Co prawda – w trzeciej klasie nie musieliśmy ich już czytać, ale to nie przeszkodziło mi w sięgnięciu po nie po raz drugi. A ostatnio, w ramach oderwania od polityki innowacyjnej i wskaźnika syntetycznego (proszę, nie pytajcie co to… :P), postanowiłam przypomnieć sobie to i owo z ogólniaka;)

Na pierwszy (piekielny?) ogień poszedł Bułhakow, pod rękę z „Mistrzem i Małgorzatą”.

Był piękny wiosenny wieczór. Redaktor Berlioz i poeta Bezdomny zupełnie sami przechadzają się po Patriarszych Prudach. Jako zapaleni ateiści (matuszka Rosja takich ceni) chętnie i bez lęku podważają istnienie Boga, w piekło i niebo nie wierzą, bez zbędnych ceregieli pozwalają cudzoziemcowi włączyć się do rozmowy. Swoją drogą, niezłe ziółko z tego cudzoziemca. Utrzymuje, że jadł śniadanie z samym Kantem, zna prawdziwą historię Piłata i tego, na którego wołano Jeszua Ha – Nocri. Elegancik ponoć był w wariatkowie (ale czym jest schizofrenia kazał osobiście dowiedzieć się wspomnianemu poecie). Na dodatek podsłuchuje (myśli) rozmówców, bezczelny! Chełpi się, że wie, jaka komu śmierć pisana. Tylko… czego innego spodziewać się po profesorze czarnej magii?

Ależ ten Woland w Moskwie namieszał! Oczywiście – nie sam. Od czego ma się świtę? Wiecznie naga wampirzyca – Hella, szeroki w barach i z kłem na wierzchu, wybitnie groteskowy Azazello (jak dla mnie brakuje mu tylko łańcucha na klacie i dresu;P), Korowiow, mężczyzna o stu twarzach i mój ulubieniec: Behemot – czarne kocisko, które chleje wódkę, zagryza grzybkiem, łazi na dwóch łapach. Taki duży, niedopieszczony dzieciak.  Nie jest zarozumialcem, ale źle się czuje, gdy uwaga widowni nie skupia się tylko na nim. Czerwońce! Francuskie ciuszki, markowe perfumy! Władca piekieł szczodrze obdarował zachłannych mieszkańców Moskwy. I nawet bal wydaje!

O, nie tak szybko, nie każdy na Bal u Szatana zostanie zaproszony! Jeśli nie masz na sumieniu żadnej zbrodni ani stryczka na szyi nic tam po Tobie. No, dobra, w ostateczności możesz pełnić rolę jednej z atrakcji wieczoru. Może chcesz być wieprzem? Nie? A może chcesz spektakularnie paść trupem? Też nie? Cóż… Małgorzatą też nie jesteś.

No tak, zapomniałam wspomnieć, że Woland CO ROKU wydaje wielki bal. Zawsze jest to inne miasto – można powiedzieć, że nasz przyjemniaczek jest dobrym władcą, który co jakiś czas wizytuje swoje włości. Tym razem padło na Moskwę. Naturalnie – bez gospodyni żadna impreza nie może się udać. Wybrana zostaje ta, której życie u boku męża już dawno obmierzło, ta, która gotowa jest oddać wszystko, by odnaleźć swoją utraconą, ale prawdziwą miłość. Kobieta zdesperowana, która z bukietem żonkili szukała miłości na ulicach miasta. Małgorzata. Za zgodę na pełnienie roli gospodyni może żądać, czego tylko zapragnie…

Do diabła! O fabule nie ma się co rozpisywać – każdy wie, że to Annuszka rozlała olej, Bal się odbył, a maszynopis pozostał maszynopisem (a kto nie wie - niech przeczyta książkę).

Książka zachwyciła mnie już wtedy, w I liceum. Chętnie do niej wracam co jakiś czas, ponieważ jest jedną z tych, które można odkrywać na nowo za każdym razem. Wtedy moją uwagę przyciągnęły wyczyny świty Wolanda, teraz starałam się skupić na Piłacie. Smutna to postać – musi dokonać wyboru, a jego decyzja zawsze będzie jak ten „jesiotr drugiej świeżości” – nigdy nie będzie dobra. Jeśli skaże Jeszuę okaże się wiernym wysłannikiem Rzymu, ale zdradzi sam siebie. Jeśli wybierze zgodnie z własnym sumieniem – nie uniknie rozruchów. Jak on się stara ocalić skazańca! Próbuje mu wybić z głowy miłość do całej ludzkości – nie każdy jest dobrym człowiekiem, nie każdemu należy ufać, czasem lepiej skłamać i żyć. Jeszua jest skromny, ale uparty. Alternatywna wersja ewangelicznej opowieści o Chrystusie, dla niektórych alternatywa bluźniercza.

A tytułowi bohaterowie? Oboje szaleni.

Mistrz załamał się, nie wytrzymał krytyki. Jego najwspanialsze dzieło, historia Piłata spisana na nowo w antyreligijnej Rosji została wyśmiana, zmieszana z błotem, a samego autora oskarżano o wszystko, o co tylko było można. To, co miało być zwykłą opowieścią, zupełną fikcją literacką, bez religijnych podtekstów, władze uznały za tekst fanatycznie religijny. Zachował się tylko jeden egzemplarz.

Maszynopis przez cały czas przechowuje Małgorzata. Zna tekst na pamięć, kartki pieści tak jak pieściła Mistrza, którego utraciła. Ale czy bezpowrotnie? Bez niego jej życie straciło sens. Jeśli on nie żyje – podąży za nim w zaświaty; jeżeli jednak żyje – kiedyś do niej dołączy. Rozpacz sprawia, że gotowa jest spełnić dziwną prośbę podejrzanego typa, który może udzielić jej informacji o ukochanym. A że przy okazji będzie mogła zemścić się na wszystkich, którzy przyłożyli rękę do porażki Mistrza… 

W „Mistrzu i Małgorzacie” tragizm miesza się z komizmem. Człowiek traci głowę (tak, dosłownie),  a kocur każe sobie sprzedać bilet na tramwaj. Chciwi wcale nie cieszą się, gdy odkrywają dewizy zamiast czerwońców (racja, obecność strażników prawa nie jest w takich momentach wskazana). Okazuje się, że nieznajomość baśni szkodzi: kapryśne i zachłanne moskwianki zapragnęły darmowych pończoch i sukni z Francji to mają: nowe szaty… cesarza:P

„–Noblesse oblige – zauważył kocur i nalał Małgorzacie do smukłego kieliszka jakiegoś przejrzystego płynu.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.
Kocur poczuł się dotknięty i aż podskoczył na krześle.
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czyż ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus!”

Trzymałam raz w łapkach ocenzurowaną i odcenzurowaną wersję tej powieści – w książce zaznaczono odpowiednie fragmenty. Wtedy szybko ją odstawiłam na półkę, ale teraz trochę tego żałuję. Fajnie byłoby móc przeczytać na raz dwie wersje, zwłaszcza, że cała powieść powstawała w trudnych czasach. Bułhakow pracował nad nią ponad 12 lat. Pierwsza publikacja to rok 1928. Autor aż do śmierci przerabiał swoje dzieło, chcąc uczynić je idealnym. Tę książkę można albo pokochać, albo znienawidzić. Trzeciej drogi nie ma. Humor i tragizm w niej zawarty są doskonale zgrane, Woland to taki milutki władca ciemności. Jest bardziej prawy niż ludzie. Czyżby troszczył się o to, że w niebie niedługo przestanie przybywać nowych świętych? A może jednak jest egoistą i obawia się zalewu piekła falą głupców, chciwych robaków bez wyobraźni? Grunt, że troszczy się o tych, których wybrał:

„W ogóle niech mi będzie wolno poradzić pani, Małgorzato, niech się pani nigdy niczego nie boi. To rozsądne.”

„Mistrz i Małgorzata” zawsze jest pierwszej świeżości. Książka mocna i nieprzewidywalna – jak spirytus. Magiczna i obezwładniająca.


wtorek, 7 lutego 2012

czółenka z czekolady

Joanne Harris, „Rubinowe czółenka”
Wydawnictwo Prószyński I S - ka, Warszawa 2007 r.

       Nie mogę się pohamować – po zjedzeniu jednej kostki (zazwyczaj) sięgam po kolejne… W efekcie cała tabliczka czekolady zostanie pożarta w jedno popołudnie;) Podobnie mam, gdy w grę wchodzi kontynuacja jakiejś powieści: chcę jak najszybciej poznać dalsze losy bohaterów (i sprawdzić, czy kolejne części danej książki, za przeproszeniem, nie jadą na opinii i sukcesie swojej poprzedniczki).

       „Rubinowe czółenka”, o których chcę dziś opowiedzieć, to kontynuacja „Czekolady” (swoje achy i ochy spisałam tutaj).

„– No, Annie. Powiedz. Kto umarł?
– Moja matka – odpowiedziała. – Vianne Rocher.”
 

       Od tej wymiany zdań zaczyna się znajomość Annie z Zozie de l’Alba. Kim jest dziewczynka? To Anouk, tylko pod przybranym imieniem. Yanne Charbonneau porzuciła stare życie, zmieniła imię córki i swoje, nazwisko też znalazła nowe. Właściwie Vianne spaliła wszystkie mosty, zostawiając tylko małą, lichą kładkę. Już nie przenosi się z miejsca na miejsce, nie jest ekstrawagancką bizneswoman z córką kręcącą się pod nogami.

       Nasza czarodziejka osiadła w Paryżu, prowadzi małą, właściwie nieprosperującą kawiarenkę, w której sprzedaje zwykłe, gotowe czekoladki. Vianne ugłaskała wiatr. Tylko za jaką cenę…! Człowiek w czerni znów chciał je dopaść, po raz kolejny były zmuszone salwować się ucieczką. Na dodatek teraz Yanne musi troszczyć się nie tylko o siebie i Anouk, bo są we trzy: ona, Annie i mała Rosie. Młodsza z córek jest wyjątkowo skrytym i spokojnym dzieckiem. Nie psoci, ciągle układa jakieś wzory z zabawek i cukierków, rysuje (najchętniej małpki) i wcale nie krzyczy. Czasem tylko kwili jak kot.

       Druga z postaci, których nie było w „Czekoladzie” to wspomniana wcześniej Zozie. Ta dziewczyna o stu twarzach jest niemalże lustrzanym odbiciem Vianne, tej czasów Lansquenet i z lat jeszcze wcześniejszych. Jest roześmiana, zadbana i beztroska, wygląda niczym rajski ptak, a o magii wie naprawdę sporo. Prawie z marszu zyskała zaufanie Annie, a z czasem polubiła ją także Yanne. Ani się obejrzałam, a Zozie pracowała w chocolaterie. Co więcej: namówiła właścicielkę do przyniesienia z piwnicy garnków, rondli i foremek! Tajemnicza Zozie wyrwała Yanne z letargu, obudziła nową pasję w Annie, tchnęła nowe życie w kawiarenkę i prawie całą dzielnicę. Biznes znów zaczął się kręcić, Vianne wróciła do produkcji czekoladowych przysmaków – prawie nie wychodziła z kuchni!

       Z resztą – już niedługo będzie mogła przestać spędzać tam tyle czasu… Vianne, która postanowiła się ustatkować i zapewnić córkom spokojne życie, idzie dalej w swoich (szalonych) pomysłach: przyjęła oświadczyny Thierry’ ego, do którego należy lokal, w którym mieści się kawiarenka oraz  mieszkanie znajdujące się ponad nią.

„Thierry Le Tresset, lat pięćdziesiąt jeden. Rozwiedziony, jeden syn, przykładny katolik, człowiek opoka.”

       Czy to z nawału obowiązków, czy ze zmęczenia, a może dlatego, że Anouk dorasta, a Vianne dojrzewa – dość, że od chwili gdy w chocolaterie pojawiła się Zozie, coś zaczęło zgrzytać w kontaktach na linii matka – córka.

       Po odejściu z Lansquenet miał miejsce pewien Wypadek, który pchnął Vianne do zarzucenia czarów, nawet tych najdrobniejszych. Magiczne formuły szeptane, aby przyciągnąć klientów, odgonić złe duchy, urozmaicić sobie chłodny wieczór… zaczarowane gesty – wszystko to stało się dla Vianne elementem niepożądanym w jej nowym, statecznym życiu. Anouk miała zapomnieć, że coś takiego jak magia w ogóle istnieje. Złożyło się jednak tak, że plany Zozie i Vianne związane z Anouk są diametralnie różne. Nowa „przyjaciółka rodziny” świadomie, ale w bardzo subtelny sposób, nastawia dziewczynkę przeciwko matce.

       Zamiarem autorki było przybliżenie losów i postaci Zozie, żeby czytelnik sam mógł wyrobić sobie zdanie na jej temat. Niestety – Zozie przedwcześnie zdradza nam dużo na swój temat i bardzo wcześnie możemy się domyślać, co zamierza, jaki chce osiągnąć cel, gdy wcina się między wódkę a zakąskę.

       Tak jak w „Czekoladzie” mamy narrację prowadzoną z różnych punktów widzenia. Yanne troszczy się o córki, głowę zaprzątają jej przygotowania do ślubu. Usilnie stara się nie dopuścić do całkowitego oddalenia się Annie, zerwania łączącej je więzi. Poza tym musi się bardzo starać, by chronić Tajemnicę Rosie, ani Anouk, ani Roux – nikt poza samą matką nie zna prawdy o Rosie. Anouk w szkole ma niezłe utrapienie z prostakowatą blondyną w różowych ciuszkach i jej koleżaneczkami. W klasie traktują ją jak wyrzutka. Na domiar złego dziewczynka ma żal do matki, o to bezbarwne życie, jakie muszą wieść gdzieś w środku Montmartre …

       Dwie dorosłe kobiety z nie do końca jasną przeszłością (obie straciły swoje matki o wiele za wcześnie), dwie małe dziewczynki, a na dokładkę mężczyźni, którzy chcą tylko ich dobra. Stare porzekadło mówi, że kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Tutaj ktoś otworzył puszkę Pandory i uwolnił stare bóstwo. Hurakan zaczął siać spustoszenie w umysłach i w sercach…

       „Czekolada” miała otwarte zakończenie, mogłam samodzielnie dośpiewać sobie dalsze losy bohaterów. Jednak obietnica kolejnej tabliczki pysznej czekolady była zbyt kusząca… I teraz na usta ciśnie mi się tylko jedno określenie: wyrób czekoladopodobny. A szkoda, bo „Rubinowe czółenka” miały obiecujący początek i kilka naprawdę ciekawych momentów.